RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2007

Zaginiony w dżungli i inne nieszczęścia.

18 lip

Dobra, po głębokich debatach i przemyśleniach, zaniechałam jednak rzucania doniczkami, zwyczajnie zacznę go okładać parasolką. Ekonomiczniej będzie i mniej sprzątania.

W tej chwili na trasie Darcy’ego Kambodża. Co tam ja! Co tam, że samotna i że tęsknię! Ważne, że dżungla dookoła, błoto i robactwo. Słowo daję, że najpierw wprowadzę kwarantannę, jak wróci i dopiero po tygodniowej dezynfekcji pozwolę do siebie podejść na odległość mniejszą niż piętnaście metrów (co by go zacząć okładać parasolką, wiadomo).

Tymczasem, topiąc smutki w coli i zagryzając zmartwienia kinowym popcornem, obejrzałam Die Hard 4. Rzeczywiście najlepsza ze wszystkich szklanych pułapek. Zawodowe kino akcji, gdzie twardziel John McClane, w obronie biednych i pokrzywdzonych superhakerów, zagrożonej Ameryki oraz własnej córki (zasadniczo jej nic nie dolegało), zabił helikopter samochodem osobowym, wyskoczył z samolotu bez spadochronu, po czym postrzelił się w ramię i poszedł do domu. No doprawdy. I jakie wyborne dialogi! Chyba nie oprę się pokusie i pójdę jeszcze raz :)

O, przyszedł pan z pizzą. Rany, gdzie ten cholerny portfel?!? Aaaaaaaa!

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

WHOSE THAT LIPSTICK ON THE GLASS???

17 lip

O matko, jakiego mam kaca. Chyba mi zaraz łeb urwie (wielka strata to nie będzie, ale jednak). Podejrzewam (i nie jest to podejrzenie bezpodstawne), że w moim krwiobiegu płynie dzisiaj jedynie wino portugalskiej marki (bdb, nota bene). Bosz, taka stara jestem, a taka głupia. Nic mnie życie nie uczy :) Ale impreza była udana, baaaardzo udana, o tak.

Poza tym to co? Nie wiem. Ból głowy w tej chwili przesłania mi postrzeganie świata w kategoriach innych niż wesołe miasteczko, ze szczególnym nacikiem na karuzelę łańcuchową. Jeśli mi nie przejdzie w przeciągu godziny, to zakręcę się na śmierć. Ojapierdolę.

Reszta bez zmian.

Nowa praca bdb. Chodzę i rządzę, i z pewnością do ulubionych przełożonych wszystkich leniów nie należę. A kiedy nie rządzę, to udaję, że pochłonięta jestem ważną robotą papierkową (zazwyczaj jest to lista zakupów do zrobienia). Back to business, bitches :) Ubolewam jedynie, że zmiana stanowiska, wiązała się równocześnie ze zmianą miejsca pracy. Nie ma już całowania z Darcym na zapleczu i nie będzie, o nie. Ale nadrobię, jak wróci, tak? ;)

O ILE W OGóLE WRóCI. Bo jak na razie nadal jest zagubiony w dżungli i już straciłam rachubę czy przebywa obecnie w Phucket, Kambodży, robi kurs nurkowania, ujeżdża słonie czy ogląda ping pong show („Babe, in case u don’t know what a ping pong show is, it is a woman using
her private parts to do various thing with it..”). Ciekawa jestem, psiamać, co to za rzeczy. Na pewno nie kopiowanie dzieł van Gogha przed męską publicznością..

Nie, no spoko, to ważne, aby mieć w życiu PASJE.

Ja mu też pokażę show, jak wróci.

(tylko musicie mi podpowiedzieć, bo nie bardzo potrafię urządzać sceny..

Że co? Mam rozbić talerz i rzucić w niego kaktusem w doniczce? Połamać ostentacyjnie jego szczoteczkę do zębów?
I mam przy tym płakać czy zachować obojętne milczenie?

Rany, nic nie wiem! Niczego mnie Mama nie nauczyła, apparently)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bedtime stories.

04 lip

Tęskniliście?
Jakoś nie bardzo, najwyraźniej ;)

Nie mniej za rozłąkę muszę podziękować NTL Company, do której zwróciłam się z prośbą o podłączenie netu jakiś czas temu. Adres odbiorcy: Galway, adres zamieszkania: Galway, adres płatnika: Galway. Gdzie wysłali mi rachunek? Do SLIGO, psiamać. Widocznie po drodze im było. A później wielce zaskoczeni, że nie zapłaciłam (jak mogłam nie wiedzieć, że oczekuje mojej wizyty urząd pocztowy w Sligo, no jak?), przypieczętowali naszą współpracę pozbawieniem mnie netu bez ostrzeżenia na czas nieokreślony.

„Ależ proszę pani, przecież wysyłaliśmy zawiadomienia, to nie nasza wina, że pani nie ma ze Sligo nic wspólnego, podała pani taki adres korespondencyjny, no to ja nie wiem, proszę pani, tak mamy w systemie, proszę się nie denerwować, rozwiążemy ten problem NATYCHMIAST, W CIĄGU 10 DNI ROBOCZYCH.”

To zmienia moje rozumienie definicji słowa natychmiast. No cóż, ciągle się człowiek uczy czegoś nowego.
I przecież wcale się nie zdenerwowałam ;)

Dobra, nieważne. Minęła mi już pokusa, by przegryźć komuś tętnicę. Jestem spokojna, opanowana i pozytywnie nastawiona do świata i idiotów w ntl.

To co wydarzyło się w czasie, kiedy miałam okazji robić z siebie kretynki przed szerszą publicznością? Hm.. Dużo.

Meet The Parents było.

Świrowałam na samą myśl, wiadomo, ale Mr Darcy w przewrotny sposób zapewnił mnie, że zasadniczo nie mam się czego obawiać, bo tylko wpadniemy do jego rodzinnego domu po sprzęt do łowienia ryb i znikamy. Był na tyle przekonujący, że uwierzyłam. Co więcej, sama sobie wmówiłam, że jeśli będę zachowywała się wyjątkowo cicho i wciągnę brzuch, co by zmniejszyć optycznie swoją objętość, nikt mnie nawet nie zauważy. Spoko. Zapomniał jedynie wspomnieć, że ten sprzęt musi najpierw ZNALEŹĆ. Luz, naprawdę, miałam dużo czasu, cały weekend dokładnie. Więc w czasie, kiedy on łaził z garażu na strych i z powrotem, zdążyłam poznać

obydwoje jego rodziców
(obydwoje, taa, jakby miał ich więcej),
brata
( – Mark, where the hell is my City of God dvd?!
- No worries, Monika still has it),
a także jakąś ciotkę i jakiegoś wujka
(akurat wpadli z wizytą, co mi tam, przecież nie poznawszy jego dalszych krewnych byłabym ROZCZAROWANA, serio).

Jezu, myślałam, że umrę, poważka. I jeszcze musiałam z nimi obiad zjeść na świeżym powietrzu. Żadnych większych wpadek. Tylko pies zwinął mi kotleta z talerza, ale co tam, sałatkę zjadłam sama.

No. I tak to. Jakieś trzy dni później wróciłam mniej więcej do równowagi, ale mówię Wam, JUŻ NIC NIGDY NIE BĘDZIE TAKIE SAME.
;)

Co jeszcze..

Awans był.

Nie wiem jak, nie wiem skąd, seriously. Ale dopóki nie skojarzą, że to jakaś pomyłka, muszę podpisywać się jako Ms Manager (taralalala) i chodzić w garniturze (blech). Na razie nie wiem, co tak naprawdę mam robić, bo niekoniecznie przemawia do mnie obowiązek nadzorowania kadr, więc nie robię nic. Bardzo mnie to cieszy, nie powiem ;)

Mr Darcy był, ale już go nie ma.

Pojechał sobie do ciepłych krajów ujeżdżać słonie w ramach wakacji letnich. NO ALEŻ. Przecież ja nie mam nic przeciwko ciężkiej harówce w pracy, bez słowa skargi, podczas gdy on opala sobie dupę na tajlandzkiej plaży, ciesząc oczy widokiem półnagich, młodych i atrakcyjnych wczasowiczek.

Dobrze, niech się cieszy, póki może. Ja już mu pokażę półnagie i atrakcyjne wczasowiczki, jak wróci.

Turysta się znalazł, psiamać.

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS