RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2006

Zakładając, że nikt mi nie przeszkodzi…

29 cze

(Okej, od momentu kiedy napisałam powyższe zdanie, zdążyłam już odebrać 15
pieprzonych telefonów, dwie przesyłki kurierskie oraz informację o
zaginionym transporcie Rafaello. LOST, znaczy się.)

Rzucam tę pracę, koniec. W dupie mam. Wrócę do domu, będę leżała na
kanapie, mówiła do siebie i tyła. Właśnie taki mam plan.

Bo ja nie mogę, przykro mi bardzo. Siedzę za tym biurkiem i nawet paznokci
nie mam kiedy pomalować, bo muszę jakieś podsumowania miesięczne robić. No
sorry, jakbym nie miała lepszych pomysłów na wykorzystanie czasu w
godzinach 8:30 – 17:00.

(Kolejna fala 127595729734519285702 telefonów. Halo, gdybym chciała wisieć
na słuchawce, to bym szukała pracy w błękitnej linii tpsa. To jakieś
nieporozumienie. Idę kogoś zastrzelić. Najpewniej pania Teresę, bo
najczęściej tu łazi.)

I ogólnie to uważam za skandal, że człowiek musi tyle pracować. I
wybierać: albo pójdę wieczorem na randkę, albo ugotuję obiad. I następnie
chodzi głodny, bo wiadomo, na którą opcję się zdecyduje. Co za los, mówię
Wam.

Wzdech.

Jeśli pewnego pięknego dnia przeczytacie w jakimś brukowcu nagłówek UMARŁA ZE SŁUCHAWKĄ W DŁONI, LOJALNIE WYKONUJĄC OBOWIĄZKI SŁUŻBOWE, to możecie
mieć pewność, że artykuł jest o mnie. Taka historia na faktach.

Marzę o plaży.
I Xavierze Rainot z trzeciego piętra.

Nowymi letnimi butami też bym nie pogardziła.

Wzdech.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Now that I’m sober, I don’t want him back; now that it’s over I don’t give a crap.

25 cze

Fitter..

Samej trudno uwierzyć mi w taki rozwój wypadków, ale ni mniej, ni więcej – biegam. Uprawiam jogging, znaczy się. REGULARNIE.
Zjawisko te można traktować wręcz w kategoriach fenomenu, jako że całe życie wyznawałam maksymę Oscara Wilde’a „To get back my youth I would do anything in the world, except take exercises, get up early, or be respectable” i w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że kiedykolwek stanę się tytanem sportu.
Tymczasem kolejny już tydzień wstaję o 5:30 rano i biegam w pobliskim parku. Zazwyczaj obywa się bez ekscesów. Raz tylko się w tymże parku ZGUBIŁAM. Możecie się śmiać. Normalnie biegłam, biegłam i już nie potrafiłam wrócić do domu (tak, umiejętność tracenia orientacji mam rozwiniętą równie wysoko, jak flirtowania – jedno i drugie potrafię zawsze i wszędzie). Po tej przygodzie długo rozważałam pomysł, by zamiast oddalać się niebezpiecznie daleko, biegać po prostu wokoło drzewa. Ideę zaniechałam jedynie dlatego, że nie mogłam zdecydować się na jedno konkretne.

Happier..

Myśli moje zaprząta Ktoś, co z kolei utrudnia sam proces myślenia. Starałam sie nie palnąć nic głupiego i być sobą, ale w moim przypadku jedno wyklucza drugie, więc na chwilę obecną ograniczam się po prostu do ćwiczenia równomiernego oddechu w jego towarzystwie.

Less frustrated..

„Taniec Wampirów”, oczywiście, bdb. Zakochałam się NATYCHMIAST w głosie najpodlejszego wampira (just be a scum and I’m yours, co nie). Do końca spektaklu nie mogłam zrozumieć, dlaczego główna bohaterka nieustannie od niego ucieka, idiotka jakaś. Współlokatorka twierdzi, że za to jej płacą.
No nie wiem – ja bym przecież oddała wszystkie pieniądze przeze mnie posiadana (12pln), żeby tylko tak za mną poganiał na tej scenie chociaż przez minutę. Dłużej bym nie uciekała, możecie mi wierzyć.

Cała reszta zupełnie jak w temacie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A woman’s worth.

23 cze

On (z zaskoczeniem): Moniś, jaka ty jesteś delikatna i krucha, kiedy się ciebie obejmuje.. I jak bardzo drobna!
Ja (buńczucznie): No jak? Jak bardzo drobna?!
On (po chwili wahania): Jak.. jak JEDNOGROSZÓWKA!

Taa, to niech lepiej na mnie uważa i trzyma blisko siebie, bo za jakieś 5000 lat mogę nabrać niezłej wartości na rynku kolekcjonerów monet, co nie?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem bezmyślna, płytka, nie mam poglądów ani nic mądrego do powiedzenia. -Wyglądasz na szczęśliwą

17 cze

Piszę mało, bo jestem pochłonięta wydawaniem pieniędzy, wybaczcie.

Jako że już nikt nie zrzędzi mi nad głową, nie liczy oszczędności, które mogłam miesięcznie uczynić i nie uczyniłam, skoro nikt już nie oskarża mnie o prowadzenie hulaszczego trybu życia, to teraz właśnie znów taki żywot wiodę i naprawdę niewiele robię sobie ze pełnego zgorszenia pomrukiwania otoczenia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że już w przyszły weekend będę jadła suchy chleb, popijając go wodą z kranu, so what. Mając Aidę Verdiego na DVD oraz Gildę w najbliższej perspektywie, nie straszna mi jest wizja pustej lodówki oraz utraty 1m kwadratowego mieszkania, na które udało mi się odłożyć.

Robię to, na co mam ochotę. Nic mnie nie ogranicza, nie ciśnie i nie martwi. Jakoś mi nie przykro, że nie interesuje mnie dzień jutrzejszy (no dobra, jutro to może trochę tak, bo idę do kina i nie wiem, w co się ubrać, ale pojutrze to już absolutnie się nie liczy), że nie antycypuję problemów i katastrof, które mogłyby mnie zwalić. Nie jest mi również przykro, że nie urodziłam się tytanem pracy, stworzonym po to, by wyznaczać sobie coraz to nowe cele i osiągać je. Moim głównym zamiarem na chwilę obecną jest nie spóźnić się na wieczorny musical o 19 („Taniec wampirów”) oraz nie umrzeć ze strachu w drodze powrotnej po zakończonym spektaklu. Innymi aspektami życia pomartwię się kiedy indziej.

Znajomość z Obcym zgasiła we mnie syndrom cieszenia się teraźniejszością. W chwilach czarnej rozpaczy byłam przekonana, że już nigdy nie odzyskam mojego uwielbienia dla codzienności. A tu proszę, niespodzianka. Korzystam znów z życia na moich własnych warunkach i zasadach. Chodzę do kina, teatru, godzinami przesiaduję w parku i flirtuję z Kimś. Większość energii i zainteresowań przeznaczam na radości chwili, cenię sobie rzeczy przyziemne oraz błogostan, wynikający z leżenia na kanapie z poczuciem, że NIC NIE MUSZĘ.

I tak, owszem, wiem, że życie do podła szmata, a podobno ogłaszanie wszem i wobec, że jestem szczęśliwa to kuszenie losu na własne życzenie. Jeśli tak, to wyzywam go na pojedynek, niech tylko spróbuje podskoczyć.

No ale dość tej cienkiej autoanalizy. Dla osób, które nie zwróciły uwagi na główna myśl notki, PODKREŚLAM, że poznałam interesującego mężczyznę. Następnego dnia po nawiązaniu znajomości wyleciał na antypody, ale podobno wróci ;)

Ależ jestem płytka :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Saturday Night Fever.

10 cze

Obroniłam się, mówcie mi King :)

Dostałam PIONTKĘ oraz całusa od pana dziekana ;)

W radosnym szale wróciłam do domu z reklamówką nowych ciuchów, a fryzjerce pozwoliłam na działanie, skutkiem którego włosy sięgają mi zaledwie do ramion. Efekt całości wygląda jak Król Lew, choć M. jest zachwycona (myślę, że mówi tak z litości, bo nie chce mi psuć humoru).

Z cyklu ‚anegdotki’ dorzucę dziś tylko jedną.

Po zakończonym egzaminie, recenzent mojej pracy zatrzymuje mnie na korytarzu.
- Pani Moniko, wspaniałe wystąpienie. Już dawno nie słuchało mi się nikogo z tak wielką przyjemnością. Nie wiem, jak to możliwe, że nie pamiętam pani z zajęć!
Ja w myślach:
- Może dlatego, że ani razu mnie na nich nie było?

Dobra, co ja tu będę gadała. Idę pić.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

flirtować.. nie flirtować.. flirtować.. nie flirtować…

06 cze

No więc przyjęłam propozycję pracy dla Ferrero.

(tak, pamiętam, że nie zaczyna się zdania od więc i co z tego, pff.)

Co prawda już rezerwowałam bilet lotniczy, gdy dowiedziałam się, że, niestety, nie mogę odłożyć kolejny raz obrony, jeśli nie chcę powtarzać semestru. A nie chcę i jest to fakt co najmniej NIEZWYKŁY, jeśli spojrzeć, z jaką lubością powtarzałam błędy w relacjach z Obcym, po których można by zdecydowanie orzec, że co jak co, ale powtarzać to ja lubię. Nie mniej jednak tym razem postanowiłam
ZWARIOWAĆ,
ZASZALEĆ,
ZROBIĆ KROK NAPRZÓD
i obronić się.

(wiem, to nie jestem ja)

W związku z tym, praca dla Ferrero jest raczej dziełem przypadku, aniżeli mojej własnej woli i nieprzymuszonej woli, nie mniej jednak – nie jest źle. Ba, rzekłabym, że jest wręcz dobrze, a nawet lepiej.

Zaczynam dzień od gorącej czekolady oraz Financial Times, później do południa siedzę i macham nogą, jedząc czekoladki; trochę se spoglądam na Wyborczą, trochę na Rzeczpospolitą, znowu wracam do Financial Times, a następnie do 17 flirtuję z włoskimi pracownikami naszej firmy (tylko z tymi przystojnymi, żeby nie było, ze jestem nieuleczalną kokietką i flirtuję ze wszystkimi ;). Zaś po godzinie 17, nie zważając na nic (nawet na włoskich współpracowników), zabieram się i wychodzę. Zero nadgodzin! Ba, zero nadminut nawet! Nie wiem, jak mogłam tak harować dla poprzedniego pracodawcy – myślę, że zrobili mi jakieś pranie mózgu. Albo wstrzyknęli mikroskopijne ecededepechipy, czy coś.

No.

I tak sobie teraz w pracy siedzę.
I przychodzi Kolega.
I mówi: Monika, ale się opierdalasz.
No przecież nie zaprzeczę.
A później mi podsyła maila z dowcipem, że to niby o mnie:

Leży sobie hipopotam. Słońce, woda, weekend. Spod przymrużonych powiek hipopotam leniwie obserwuje jeżdżącego na rowerze synka. Nagle maluch przybiega z płaczem:
Tato! Tato! Rowerek się zepsuł! Zrób coś!
Na to protoplasta gniewnie:
No tak, teraz rzuć od razu, kurwa, wszystko, bo trzeba dziecku rowerek naprawić!

Ale niby o co chodzi? Że jestem wielka jak hipopotam? Taka szara? Brudna? Albo że taka gruboskórna? No sorry, bo ja nie rozumiem i nie wiem, czy nie powinnam się obrazic..

A najbardziej to mnie cieszy ta reklamówka słodyczy i prawie litrowa Nutella, które dostałam z okazji Dnia Dziecka, tralalala. LITR, rozumiecie?! I tak, tak, wiem, że powinnam się z kimś podzielić, oddać to jakimś biednym sierotom, matce siedmiorga dzieci.. Wybaczcie, nie stać mnie na taki gest. Przecież tylko dzięki tej czekoladzie mam cel, by wstać z łóżka. Ciekawe, czy mogłabym dostać podobny prezent na Dzień Ojca? Hm…

A dzisiaj dzwonił do mnie pan ze skargą. Że niby jego dziecko kupiło jajko niespodziankę, aby mieć postać z Epoki Lodowcowej. Zamiast jednego z ludzikow znalazło składana zabaweczkę, przez co dostało takiej histerii, że wylądowało w szpitalu. Pan chce nas podać do sądu. Spoko, ja to bym podała jego dziecko do czubków zastępczo, uprzednio jednak tak strząchnowszy bachorem, że aż oczy by mu się zamieniły lewe z prawym.

Ale co ja tam mogę wiedzieć.

Więcej newsów już wkrótce.

Yours sincerely,
M.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

PS.

03 cze

Zapomniałam powiedzieć, że mam nowy ulubiony dowcip, który zdetronizował ten o najeźdźcy.

(Para w łóżku.
On kusząco: Kochanie, a może tak na jeźdźca?
Ona z głupim wyrazem twarzy: Jaki najeźdźca?
On w furii: Germański, kurwa! Oprawca!)

A teraz nowy:

Spotykają się owoce.
Pierwszy mówi: Jestem mandarynka, lubi mnie rodzinka.
Drugi: Jestem truskawka, lepsza niż zabawka.
Na to trzeci: A ja jestem MARAKUJA.. i.. i nie mam co powiedzieć..

Przykro mi, ale śmieszy mnie do łez rymowana oczywista końcówka.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

How do you spell happy?

03 cze

No. To znów jestem.

Myśli głębokich mam 469. Tych płytszych trochę mniej. A czasu na notkę 0, słownie ZERO i jest to dokładna równowartość stanu mojego konta, how surprising, co nie? Fakt jest tym bardziej zdumiewający, że ostatnie nabycie przeze mnie pewnej skromnej ilości książek, zaowocowało długą analizą mojej karty oraz zgodności podpisów, sugerującą, że posługuję się nie własnym mieniem, bo przecież nikt nie robi zakupów w księgarni, w dziale beletrystyka, na kwotę kończącą się na ‘**set’. Wypraszam sobie, ja robię (i nie, nie przyznam się Wam, ile wydaję na książki w dobie, kiedy przeciętny zjadacz chleba nie ma na masło).

Ale wracając do mojego zajebiście fascynującego życia, to muszę przyznać, iż z czterotygodniowej perspektywy moje zwolnienie z pracy przyniosło więcej plusów niż minusów. Co więcej, miałam dzięki temu okazję przekonać się, jak wspaniali, lojalni i troskliwi ludzie mnie otaczają, ile trwałych przyjaźni nawiązałam przez krótki okres mojego rezydowania i że mogę na pewnych jednostkach polegać, zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji, a na pewnej osobie nigdzie i nigdy. Są rzeczy niezmienne.

I tyle, jeśli chodzi o dozę patosu na dzisiejszą notkę, albowiem nie pasuje on do mojego obecnego stanu ducha „fitter, happier, less frustrated”, co pozwala mi się kolejny raz przekonać, jak zaskakujące potrafią być koleje losu.

1. Przeprowadziłam się (wspaniała rzecz).
2. Mam nową pracę (no też nienajgorzej; kojarzycie FERRERO? ;)
3. Rozpływam się pod spojrzeniem pewnych błękitnych oczu (i tak się spierdoli, ale ojejku).

Chwilami mam wrażenie, że nie mogło mi się nic lepszego przytrafić, niż bycie zwolnioną z pracy (pierwszy raz w życiu, God bless my my ex-boss) oraz rzuconą przez Obcego (kolejny raz, silly me).

A co u Was? Jak zdrowie? Jak stan konta? Jakieś dzieci w drodze?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS