RSS
 

Archiwum - Luty, 2006

I do not miss it, winter just isn’t my season.

26 lut

Tak bardzo mnie boli głowa, że gdyby mnie ktoś zapytał, ile daje 2+2, zażądałabym odpowiedzi A, B i C do wyboru.

Tak bardzo boli mnie brzuch, że już nawet nie chcę rodzić bliźniaków, chcę położyć się ciuchutko pod szafą i umrzeć.

W związku z powyższym nie spodziewajcie się, moi kochani, jakiejś notki wysokich lotów, bo jakakolwiek myśl godna zanotowania pojawi się w mojej głowie najwcześniej pod koniec sierpnia.

W międzyczasie, kiedy nie boli mnie głowa i brzuch, jest mi źle, niefajnie i zimno w środku. Uwiera mnie coś jak przyciasne buty, bardzo dobrze wiem, co i z tym jest mi jeszcze gorzej. Niedotrzymana obietnica, zwłaszcza, że bardzo banalna, to coś, obok czego moja zdeptana wiara nie pozwala przejść obojętnie.

Ta sytuacja nie ma zadowalającego rozwiązania, nigdy nie miała. Nie można wiecznie stawać na rzesach na próżno.
Ale tym razem wybrałam akceptację. Wyjście o tyle prostsze i o tyle smutniejsze.

Nie chce mi się jednak o tym pisać. Jestem zbyt zmęczona i trochę za bardzo rozczarowana, by rozprawiać o powyższym. Notki, które mogłyby stanowić podręcznikową klasykę dla niedoszłych samobójców, po których lekturze nawet ich terapeuci rzuciliby się pod pierwszy nadjeżdżający pociąg, nie służą niczemu dobremu, a w tej chwili na inne mnie nie stać.

W mojej bajce królewna dorosła do tego, by podkasać kieckę i samej dosiąść rumaka, bo upewniła się, że książę już nie wróci.

Smutne to trochę, bo co to za księżniczki, które ujeżdżają konie?

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Her name was Lola, she was a showgirl.

23 lut

Trochę trudno zaakceptować, że przecież nigdy nie będzie tak, jakbym sobie życzyła. Co więcej, nie dość, że nie będzie lepiej, to już nawet nie będzie, jak kiedyś. Za dużo się zmieniło, ba, zmieniło się wszystko. Już nie potrafię gapić się w przeszłość i łudzić, że jeszcze coś w niej zobaczę.

Zdaję sobie sprawę, że powinnam doceniać to, co w tej chwili mam i cieszyć się z tego etapu w moim życiu, kiedy mogę zrobić w każdej chwili to, na co akurat mam ochotę i nie oglądać się na nikogo. Zdecydować spontanicznie na koncert w Sali Kongresowej (po którym stać mnie jedynie na chleb ze smalcem) czy zakupy, i nie tłumaczyć się nikomu ze stanu mojego konta (pustego), bezmyślnych wydatków, upojenia alkoholowego czy zgubionych kluczy.

I doceniam, jak najbardziej. Ale to nie jest do końca tak.

Wieczorami wypełniam sobie czas jazzem lub jakimś shitem na dvd i eksperymentuję w kuchni (robię herbatę, konkretnie). Z książką i toffifee w zasięgu ręki cieszę się niezależnością.

Rankiem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś powinien mnie zdecydowanie przytulić, jeśli chcę przebrnąć przez kolejny dzień.

Jestem nieprzystosowana do warunków.

Mogłabym ewentualnie napisać, że czuję się w tej całej stolicy trochę samotna (dlatego bardzo nieśpiesznie rozglądam się za mieszkaniem, a właściwie najpierw za współlokatorem), ale to byłoby narzekanie. A ja przecież nie mam na co narzekać.

Tylko że.

(I się rozwyłam, dziękuję. Zaraz stracę makijaż, z którym mam iść do kina o 19. Lecę do łazienki, muszę odzyskać fason. Nara.)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tralalalala.

20 lut

IDĘ NA KONCERT IVE MENDES.

Nie, nie idę, LECĘ, bo już jestem spóźniona, aaaaa!

Dopisek dwa dni później..

Koncert był absolutnie magiczny. Przez prawie 2 godziny jego trwania czułam na ciele gęsią skórkę. Trochę też się popłakałam („if you’re waiting for someone special, wait. have faith”), ale nie mówcie nikomu ;)

Ive? Bardzo ciepła i niesamowicie kobieca. Jedno jest pewne – o takiej gracji ruchów, ich płynności i zmysłowości mogę sobie jedynie pomarzyć. Jak zresztą większość kobiet.
O brzmieniu głosu nie wspomnę.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

It ain’t over ’til it’s over.

20 lut

Przypominam sobie czasy, kiedy pisałam znacznie mniej konkretnie, prezentując za to kwiecisty język, suto zdobiony metaforami, gdy pozwalałam sobie na analizy i uzewnętrznianie. Nie tyle ważna była treść, ile werbalizowane emocje.

Gdzieś po drodze straciłam umiejętność mówienia godzinami o niczym, używając uczuć jako ekstrawertycznego ozdobnika. Zaczęłam cenić prostotę. Zwięzłość. Fakty. Coraz częściej siadam przed monitorem i produkuję jasne, klarowne zdanie.

Jednak w większości przypadków rezygnuję z jego zamieszczenia. Klikam ‚wyloguj’ i wracam do życia, o którym w ostatnich tygodniach niewiele wiecie. Włączam absolutnie nieziemską Ive Mendes i z gorącą herbatą w ręku, przy zgaszonym świetle oraz wyłączonym telefonie, czekam na sen.

Dziś chciałabym napisać, że nie rozumiem, dlaczego niektórzy czują się zwolnieni z obowiązku szanowania innych ludzi i dotrzymywania obietnic, choćby najbanalniejszych. Oraz, że tracę czas. Że wiem, iż muszę dawać sobie radę samodzielnie. Nie oczekiwać. Zaakceptować rozczarowanie. Trzymać fason od poniedziałku do piątku, od 9 do 18.

Prostota. Zwięzłość. Łatwy i trafiający w sedno przekaz. Bez przeplatania słów uczuciami.

A może po prostu coraz bardziej wstyd mi pisać o tym, jak żałośnie wygląda moje życie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I’m better than great, I’m GOOD.

15 lut

Niewiarygodne, ale doszło do tego, że praca jest najgorętszym elementem mojego życia. That’s hot!, jak powiedziałaby Paris Hilton, moje guru od tego, jak nie należy wyglądać. Zawsze patrzę na nią z podziwem, nie mogąc uwierzyć, że głupota i brak smaku potrafią nawet chodzić.

Nieważne, wróćmy do wątku istotnego…

Dobrze, może być o pracy, bo przecież nie będę opowiadała, co jadłam na śniadanie (nic). Chociaż jeśli zacznę tworzyć notki o moich zwierzątkach domowych, to po prostu mnie zastrzelcie. Bez ostrzeżenia.

Praca, hm..

Praca jest FAJNA. Nie wiem, o co w niej chodzi.
Ale w końcu nie wszystko muszę wiedzieć, prawda?

Po 3 tygodniach oficjalnego zatrudnienia, stanowisko kierownika biura nadal pozostaje dla mnie niezgłębioną tajemnicą i ma w sobie coś z intrygującego związku – nigdy nie wiem, z czym będę musiała się zmierzyć dnia następnego.
A różnorodność, przyznam, jest zaskakująca:

od zakładania łączy ISDN (nie, nadal nie wiem, co to jest, ale warunkuje wyświetlanie dzwoniącego numeru na telefonie, który to telefon również nabyłam drogą kupna, w liczbie sztuk 4, nota bene. To znaczy ISDN ma także inne przydatne funkcje, podobno, ale mnie fascynuje tylko ten numer, resztą się nie interesowałam),

poprzez dzwonienie do hydraulika („Panie, zalewa nas! – A gdzie pani jest? – Tutaj, przy biurku!”),

i alarmowanie szklarza („Dzień dobry, pan jest szklarzem? – Nooo. – To cudownie, bo nam szybę wywaliło. – Czyli gdzie? – W biurze. – Ale jaka ulica, ja pytam. – Krucza 50. – E, to nie dam rady dzisiaj, dużo roboty mam. – Nie, no błagam pana… – A co to za okno? – Małe, na pewno pan zdąży! – Aż tak pilne? – No proszę pana, przecież zimno jest, śnieg pada i deszcz, niech się pan zlituje… – To dwie szyby wam wywaliło?! – Nie, no jedną, ale wie pan, eeee, co dwie głowy, to nie jedna, z szybami jest podobnie.
PRZYJECHAŁ :) I nawet lustro w łazience nam zrobił przy okazji ;) ),

aż po pisanie umów i opinii podatkowych, pism do burmistrza i nie wiem, czego jeszcze (polecenia szefa odnośnie takowych są nadzwyczaj jasne, klarowne i rozumiem z nich ‘Pani Moniko’, ewentualnie jeszcze łączniki takie jak: ale, i, a, lub; dalsza część wypowiedzi zdaje się być w języku chińskim, ale głowy nie dam, równie dobrze może to być japoński),

oraz inicjowanie bazy danych (‘Panie Sławku, błagam, niech pan przyjdzie natychmiast, potrzebuję fachowej informatycznej ręki, bo chyba znowu coś popsułam. – Ale co konkretnie? – No wszystko! Komputer. Monitor. I w ogóle…NAWET POCZTA MI NIE DZIAŁA!),

kończąc na czytaniu z gwiazd („Pani Moniko, proszę mi zamówić zestaw słuchawkowy do telefonu komórkowego dostarczyć w przeciągu 45 min., ponieważ o 15:05 mam pociąg. – Oczywiście, Panie Prezesie, a jaki model Pan posiada? – Nie mam pojęcia. I proszę nie zapomnieć o fakturze, do widzenia. – ???
/Tak, owszem, ZDOBYŁAM INFORMACJE, co do modelu, ale nawet nie pytajcie/)

To tak tytułem wstępu, odnośnie obowiązków. Czarownie jest, doprawdy. I uroczo.

I mam bardzo fajnego szefa:

- Pani Moniko, proszę mi zdobyć telefon do Przewodniczącego Krajowej Izby Doradców Podatkowych, jestem jego zastępcą i muszę się z nim pilnie skontaktować. Jest tylko jeden problem – nie wiem, jak on się nazywa.

Padłam, naprawdę :)

Albo:

- Pani Moniko, będę musiał jednak jeszcze zatrzymać pani służbowego laptopa do końca tygodnia, bo mój nadal nie wrócił z serwisu.
- Rozumiem. Mam nadzieję, że mój nie odmówi posłuszeństwa do tego czasu.
- Nie, nie ma z nim problemów. Tylko pani gadu gadu mi się nieustannie włącza, ale jakoś sobie z tym radzę.

I niech ktoś mi powie, że nie ma tolerancyjnych szefów ;)

Boże, przecież ja jutro rano wstaję! A rozgadałam się, jakby mi płacili od ilości słów. Lecę, pa.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Naprawdę nie dzieje się nic.

12 lut

W związku z tym, że dzisiaj zajebiście mi się spało, nie jestem w stanie permanentnej depresji, nie pojechałam do domu na weekend, obejrzałam wszystkie dostępne mi odcinki Prison Break i wyniosłam śmieci, to może wykorzystam tę chwilę bezczynności i opowiem Wam w końcu, co u mnie.

1. Zmieniłam, kolejny raz, miejsce zamieszkania.
2. W nowym mieście mam nową pracę.
3. W nowej pracy mam nowych znajomych.
4. Mam dość nowości.
5. Szara zima jest wszędzie taka sama.

Już wszystko wiecie, czy coś wyjaśnić?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

The past will catch you up as you run faster.

10 lut

Notka poszła na operację plastyczną.

Łabędziem być, czy coś.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

08 lut

To był bardzo, bardzo zły dzień. Straciłam entuzjazm dla mojej pracy.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS