RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2005

You seem so far away though you are standing near, you make me feel alive but something died I fear

30 kwi

I w związku z tym, chociaż tak na dobrą sprawę nie wiem, jaki to ma związek, postanowiłam, iż będę się rozwijać, jednak.

Bo tak sobie wstałam z łóżka, usiadłam i pomyślałam, że jest jeszcze tyle rzeczy, których koniecznie muszę spróbować i które koniecznie muszę zrobić, a mianowicie:

-wyjechać do Szkocji
-wrócić ze Szkocji
-zaliczyć cały rok w trzy tygodnie (nie studentów, lecz materiał)
-zdobyć wszystkie filmy Woody Allena
-wypięknieć
-rozkochać w sobie jeszcze nie wiem, kogo
-wyjąć z kawy spinkę do włosów, bo właśnie rzucałam na biurko i mi wpadła do kubka
-przebrnąć z sukcesem przez kolejny etap egzaminu na pilota wycieczek, którym to pilotem w ogóle być nie zamierzam, bo… eee, z wielu powodów
-definitywnie pożegnać się z depresją, bo nasz związek naprawdę nie ma przyszłości
-zobaczyć jedyną budowlę, zaliczaną do siedmiu cudów świata, która przetrwała do dziś, bo nie pojmuję, jak mogła przetrwać
-opanować sztukę jeżdżenia konno, tuż po tym, jak przestanę przeraźliwie bać się koni
-pojechać na karnawał do Rio
-nauczyć się korzystać z zegarka i organizera

Czyli całkiem sporo. Muszę się zatem spieszyć, a przy okazji pamiętać, że założenie zaczynania wszystkiego od początku jest zarówno błędne, jak również niedojrzałe i nierozwojowe.

Kto obstawia, że zacznę od tych filmów? ;)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wbrew pozorom, notka ma wydźwięk optymistyczny.

29 kwi

Dobra, sytuacja przedstawia się tak, że na dzień dzisiejszy i godzinę 13:55, NIE JEST ŹLE. Oczywiście do stanu euforycznej radości i zadowolenia z życia jeszcze mi wiele brakuje, ale chwilowo trochę się odprężyłam i wyluzowałam. Nie wiem, na jak długo, pewnie gdzieś tak do 15:03, no ale nie będę się czepiała.

Bo puentą myślową wczorajszego wieczoru, który spędziłam nawet nie uwierzycie z kim, więc Wam nie powiem, było to, że już dość długo mam przejebane – od początku powstania bloga i jeszcze trochę. I że od tego czasu nawet raz nie byłam tak prawdziwie i beztrosko szczęśliwa. I że jeśli kiedykolwiek w życiu mi się wszystko pieprzyło spektakularnie, nic nie wychodziło, leciało z rąk na łeb, na szyje, waliło się i paliło, a ja nie potrafiłam w żaden sposób nad tym zapanować, to właśnie przez ostatnie dwa lata. I że w tym czasie nagromadziło się we mnie tyle znużenia, zniechęcenia i niewiary w cokolwiek, że moją osobę z uzasadnionych powodów można nazwać toksyczną oraz zamknąć w izolatce, dla dobra ludzkości, bo jedyne co potrafię na dzień dzisiejszy to: pluć jadem, stresować się profesjonalnie i marudzić (opcja zależna od jednostki towarzyszącej).

I na co dzień boję się, że nawet jeśli kiedyś przyjdą te lepsze dni, to ja już nie będę umiała się z tego cieszyć ani docenić, bo coś we mnie pękło. I że nie będzie mi już zależało na jędrnych pośladkach, będę miała w dupie płaski brzuch, zapomnę, co to żarty, a jedyne, na co będzie mnie stać, to warczenie na majsterkowicza, bezmyślne przełączanie kanałów telewizyjnych, wpierdalanie bombonierek i skarżenie w administracji na osiedlowych szczeniaków, ganiających hałaśliwie za piłką pod moim balkonem.

Ale teraz, wyjątkowo, mam ochotę wierzyć przez chwilę, że będzie dobrze, że się wyprostuje i ułoży (mam na myśli ŻYCIE, proszę nie mylić z penisem, bo to niedojrzałe jest i dziecinne). Bo jednak nadal istnieją mężczyźni, którzy mi imponują, przy których czuję się istotna i którzy mnie nie nudzą przeraźliwie. Więc może akurat następny spotkany taki facet pomyśli podobnie o mnie, mimo wszystko. I że nie odejdzie. I że znajdę sens, albo jakiś cel przynajmniej. I że przetrzymam, póki się nie naprawi. Bo tak.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

And I can’t sleep standing on the edge of something much too deep.

28 kwi

„Te półtora roku z Tobą w grupie było… fajne (…)
Teraz jest trochę inaczej. Zawsze miałem się z kim podrażnić.
Albo moja ulubiona rozrywka – wprowadzanie Ciebie w błąd ;)

Monika: Ej, Tomek. Pierwsze będzie ‚A’ czy ‚B’.
Tomek: ‚B’
M: Jesteś pewien?
T: Tak, jestem pewien.
Teacher: Monika, jaka jest odpowiedź na pierwsze?
Ty pewna siebie: ‚B’
Teacher: Nie! ‚A’ ;P

Przy naszym stoliku też się jakoś pusto zrobiło. Nie ma się z kim śmiać.
Jestem ja, Bartek i Aśka. Brakuje nam czwartego muszkietera.
Zresztą co ja Ci będę tłumaczył..”

Co mogę napisać?

Mnie też brakuje.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

After all, tomorrow is another day.

22 kwi

Dzień pierwszy powyższej strategii będzie zapewne, moim wykonaniu, dniem ostatnim, bo Scarlett O’Hara nie miała, psiamać, problemów z bezsennością, w zawiązku z czym potrafiła swobodnie odpłynąć w ramionach Morfeusza, zgodnie ze swoją teorią i POMARTWIĆ SIĘ TYM JUTRO. I tym się różnimy. To znaczy nie tylko tym, bo na przykład ona to jeszcze była oszałamiającą pięknością (przemilczając, oczywiście, mizerną kreację Vivien Leigh) i ktoś ją kochał, a nawet nie ktoś, tylko sam Rhett Butler.

Matko, jak ja się kiedyś kochałam w Clarku Gable, no mówię Wam (ojejku, no to co, że miał odstające uszy? ale reprezentował talent, którego niektóre umysły, przesiąknięte już tanimi hollywoodzkimi produkcjami nowej generacji, nie są w stanie dostrzec).

Zresztą do dzisiaj stanowi dla mnie wyraz wszystkiego, co męskie. Pełny galanterii sposób, w jaki się poruszał.. zawadiacki uśmiech i błysk w oczach.. umiejętne sterowanie swoim urokiem… szrmancki, czarujący.. aaaaaaaa. Taki Hugh Grant to mógłby, co najwyżej, nosić za nim listy od fanek na srebrnej tacy, a George Clooney polerować mu buty i układać w szafie prześcieradła.

Oczywiście film, jak to film, spłycił jego książkową postać na rzecz sukienek rozkapryszonych panien i ograniczonej mimiki jego partnerki, ale zastrzelcie mnie, jak ja go wielbiłam. I w ogóle to byłam przekonana, że jak dorosnę, to wyjdę za niego za mąż oraz, że będę miała okazję kochać go aż po grób za:

1. Za to, że był zdecydowanym, silnym i charyzmatycznym mężczyzną, przy którym kobieta czuła, iż ma u boku faceta, a nie rozmemłanego czterolatka, który najchętniej by wlazł jej pod spódnicę i wcale nie z pożądania, ale ze strachu przed światem

2. Za to, że był diabolicznie inteligentny i wyrachowany, ukrywając swoje uczucia za maską cynizmu i władczości, świadomy, że przyznanie się do miłości jest równoznaczne z przekazaniem drugiej osobie władzy, jaka może zniszczyć

3. Za to, że patrząc na niego, nie można oprzeć się wrażeniu, że ten mężczyzna nie wiedział, co to lęk i obawy, podczas gdy prześladowały go zagubienie i niepewność

4. Za to, że był wystarczająco odważny, by kochać całym sobą, szaleńczo i z oddaniem, na przekór całemu światu i rozsądkowi, wierząc naiwnie, że miłość przenosi góry

5. Za mądrość i szczerość w czasach, kiedy nierozważnym było przyznawanie się do własnych opinii, sprzecznych z ogólnie przyjętymi normami

6. Za to, że podejmował decyzje tylko wtedy, kiedy miał do nich pełne przekonanie, nie chwiejąc się jak majtki na sznurku, schnące po praniu na wietrze

7. Za to, że był silny i cierpiał, walczył długo i przegrał, a wszystko to z podniesioną głową

8. Za to, że reprezentował wspaniały świat, który upadł, utopijne, ale szlachetne ideały oraz nieżyciowy romantyzm

9. Za to, że na pytanie skruszonej Scarlett co się z nią stanie, jak on odejdzie, miał wystarczająco dumy, by odpowiedzieć „Frankly, my dear, I don’t give a damn”

I tyle.

A tak w ogóle, to nie o tym chciałam pisać.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dzień pierwszy strategii Scarlett O’Hara:

21 kwi
Idę spać.

Pomartwię się tym jutro.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nuda. Czy jakoś tak.

21 kwi

Biorąc pod uwagę, że za dnia nigdy nie mam specjalnej weny twórczej, jako że zazwyczaj jest to pora, kiedy śpię (i niech nikogo nie zmyli, że potrafię w takim stanie pójść do sklepu lub na uczelnię i sprawić, by wszyscy uwierzyli, iż nie znajduję się w fazie somnabulicznej) oraz to, że wszystkie moje strachy i paranoje wychodzą na światło dzienne dopiero w nocy (no rzeczywiście wtedy światło jest wyjątkowo dzienne, pfff), to będzie bardzo krótki wpis.

Koniec notki.

O, byłabym zapomniała. Kotka mojej C., która przez całe swoje życie była moją kotką, będzie miała małe kotki. I jak się ją głaska po brzuszku, to one robią tak fajnie PUK PUK, jakby mówiły „Czy ktoś wie, że tutaj jesteśmy? I że pragniemy stąd wyjść? Nam się tutaj nudzi, chcemy wyjść i oglądać Animal Planet i HBO. Halo?!”. No przeurocze są, mówię Wam.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Who needs shelter from the sun? Not me, no. Not anyone.

18 kwi

Nikt mnie nie kocha.

Nikt, kurwa, absolutnie.

Nikt.

Właśnie to zrozumiałam i proszę z powyższym nie dyskutować.

Ani nie tłumaczyć, że przecież gdzieś tam czeka na mnie majsterkowicz i że jak tylko go spotkam, to zapomnę, że jestem taka samotna, mała i jest mi źle.

Otóż nie, wcale nie zapomnę. Powiem Wam więcej – ja już na samym starcie go opierdolę, że jak on śmiał tak błąkać się po świecie, zamiast przyjść prościutko do mnie i pozwalał, bym w takie noce, jak ta, czuła się zupełnie sama, zagubiona i niepotrzebna.

I proszę mnie nie pocieszać.

Pełna godności i z gładką cerą postanowiłam w samotności umrzeć. I mam w dupie całą resztę.

Przecież i tak nikt mnie nie kocha, więc co za różnica.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Jak zaimponować Monice?” – poradnika część pierwsza.

15 kwi

Nie lubię mężczyzn nachalnych.
Takich, którzy wprost i bez ogródek proponują znajomość, natrętnie domagają się uwagi, namolnie i drażniąco pragną zawrócić mi w głowie, nawet, gdy jasno daję im do zrozumienia, że dokonać tego nie są w stanie, a któremu to procederowi niejednokrotnie towarzyszy stan wskazujący osobnika.

Za to bardzo cenię sobie mężczyzn dyskretnych.
Posiadających poczucie odpowiedniego dystansu w sytuacjach, kiedy trzeba go zachować, ale potrafiących szybko zrozumieć i wyczuć moment, gdy żaden dystans nie jest już potrzebny. Umiejących docenić intymność sytuacji intymnych i dwuznaczność sytuacji dwuznacznych. Uwielbiam, kiedy mężczyzna potrafi natychmiast zrozumieć, o co mi chodzi, kiedy w mig odczytuje grę i zasady.

Nie lubię facetów problematycznych.
Takich, którzy czepiają się każdego słowa, żarty odbierają poważnie, a spraw poważnych nie potrafią obrócić w żart. Którzy dąsają się i obrażają za głupstwa, w każdej wypowiedzi widzą zniewagę i którym bliżej do rozkapryszonej divy niż Whitney.

Ale fascynują mnie mężczyźni pewni siebie.
Którzy znają swoją wartość i nie zakładają maski fałszywej skromności, bo tak wypada. Którzy wierzą w swoje możliwości i sprawiają, że ja zaczynam wierzyć w nich. Którzy posiadają zasady nie dla potrzeb scenariusza, ale po to, by się tychże zasad trzymać. I takich mężczyzn się boję. Posiadają niesamowity dar niszczenia.

Nie lubię facetów zarozumiałych.
Takich, którzy myślą, że są w stanie zaciągnąć mnie do łóżka tylko dlatego, że bez specjalnych starań byli w stanie przelecieć wszystkie wcześniej spotkane laski na swojej drodze. Dla których mój uśmiech jest równoznaczny ze zgodą na bzyknięcie, zaś zimny prysznic, kiedy okazuję się, że bzyknąć to oni mogą co najwyżej ławkę w parku, stanowi przyczynek do określenia mnie mianem suki. Oh, well.

Kocham mężczyzn z poczuciem humoru.
W towarzystwie których, nie bacząc na konwenanse, śmieję się głośno i nieustająco. Którzy są w stanie doprowadzić mnie jednym stwierdzeniem do niepohamowanego ataku, kiedy spadam z krzesła, turlam się po podłodze i nie mogę wydobyć z siebie nic, poza ograniczonym bełkotem, że zaraz pęknę ze śmiechu. Spotkałam w życiu dwóch takich facetów.

Koniec części pierwszej.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

beautiful idiots and brilliant lunatics.

14 kwi

Dobra, to ja już jestem. W sumie daleko nie poszłam. Tylko do kuchni i na balkon.

Co by tu… Hm… Ładną pogodę mamy, prawda?

Co tam u Was? Jak zdrówko, dzieci i plany na wakacje?

U mnie zjawiskowa różnorodność, przynajmniej z medycznego punktu widzenia, choć nie, dziecka się nie spodziewam.

Za to najfajniejsza jest chorobliwa bezsenność.
To moja dobra ziomalka, jedna z najlepszych, bujamy się razem całymi nocami. 2:00.. 3:44.. 5:17.. a ja wożę się po mieście, to normalne o tej porze. Przy czym miasto ogranicza się do wycieczek krajoznawczych od lewego do prawego brzegu łóżka. Czarująco.

No i któregoś dnia mówię STOP. Tak dalej być nie może. Postanowiłam zawierzyć farmaceutom i oddać się w ręce tabletek nasennych. Przeczytałam na opakowaniu, że zaleca się wzięcie dwóch na pół godziny przed snem. Dobra, wzięłam trzy.
Czekam.
Mija pół godziny – wciąż czekam i liczę barany.
Mija godzina, a ja dalej nic, liczyć przestałam, bo się pomyliłam. Czekam.
Po kolejnej godzinie połknęłam jeszcze jedną pastylkę.
Brawo – ZASNĘŁAM, luz.
Dość dziwnie się czułam, pewnie mój organizm również nie wiedział, co się dzieje, bo 23:30, a on śpi. No nic. Śpię, śpię, lalalala. Cudowne uczucie, organizm wychodzi z traumatycznego szoku, puls wraca do normalnego rytmu po tygodniu zmagań z męczącą rzeczywistością, zmarszczki mi się wygładzają, wiecie, wszystko zapowiada zakończenie z happy endem i wskazuje, że rano wstanę wypoczęta, świeża i rześka, aż tu nagle..

…ni z tego, ni z owego zrywam się w środku nocy, na złamanie karku pędzę do kuchni, zapalam światło, patrzę, która godzina (1:50), gaszę światło, lecę do łazienki, rozglądam się, stwierdzam, że wszystko na swoim miejscu, po czym, bardzo z siebie zadowolona, biegiem wracam do łóżka.

No spoko.
W tym momencie na dobre się obudziłam, uświadomiłam, co zrobiłam i konsekwentnie przez resztę nocy nie mogłam zasnąć ze śmiechu, że taka jebnięta jestem.

Dziękuję, to byłoby na tyle, dzisiaj.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

.

08 kwi
Boże, tak bardzo chciałabym wyjść i nie wrócić.
 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS