RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2005

Och, jakże wesołe jest życie studentki.

25 sty
W zeszłą sobotę kolejna moja koleżanka wyszła za mąż.
A ja? Hm..
Ja na przykład zgubiłam w sobotę rękawiczki i odzyskałam kartę bankomatową, którą mi wcięło po wpisaniu niewłaściwego PINu. Tak, trzy razy wpisałam ten sam, bo przecież głupia maszyna nie będzie mnie pouczała, dobrze wiem, jaki mam PIN, prawda? No. I był właściwy.. tylko, że do telefonu.
O matko. Zamyśliłam się.

A, no i jeszcze pojechałam na zajęcia, bo moje się już niektóre skończyły i teraz muszę zaliczać z zaocznymi. NIE, nie miałam czasu, żeby zaliczyć u siebie w terminie. Nie nie nie. Bo ja tak strasznie dużo i intensywnie myślę o tych wszystkich czekających mnie egzaminach, że aż nie mam siły na nie jeździć, taka zmęczona jestem.

No i przyjeżdżam na te zajęcia, wchodzę do sali, a facet do mnie:
- Przepraszam, a kim pani jest?
- Puchem marnym – mam ochotę odpowiedzieć – Nie wiem, kim jestem, nie wiem, co ja tu robię i każdego ranka zadaję sobie pytanie Quo Vadis, dziewczyno, quo vadis?

Ale wiadomo, że tak nie powiem. Zamiast tego spuszczam potulnie wzrok i przyjmuję zagubioną pozę pod tytułem: „Tak, jestem po raz pierwszy u pana na zajęciach, tak, nie ma mnie na liście bo ja z dziennych jestem, tak, przyznaję się do winy i nawet nie jestem pewna, czy pan jest tym, którego szukam”, po czym podnoszę wzrok i strzelam smajla numer trzy.

A tak. Bo ja to sobie opracowałam trzy podstawowe uśmiechy-na-użytek-własny.

NUMER 1 – to uśmiech zabójczy, mający sprawić, by faceci padali i tracili głowę na mój widok. I owszem, tracą, a jakże, tylko później wstają i sobie idą w drugą stronę, z czego wnioskuję, że muszę ten smajl jeszcze dopracować.

NUMER 2 – to uśmiech ściemniaczy, maskujący fatalne samopoczucie i fakt, że chce mi się płakać. Zamiast tego wysyła światu sygnały ‘Patrzcie, jaka jestem zajebiście szczęśliwa’ i świat się nabiera. Cały. Poproszę Oscara.

I w końcu NUMER 3 – to uśmiech na specjalne okazje, którego funkcja polega na udowodnieniu, iż jestem sumienną studentką. Sumiennie nie chodzę na zajęcia cały semestr. 100% absencja to solidny wynik, no nie? No tak.

I wyobraźcie sobie, że faktycznie gość mnie dopuścił do egzaminu (podejrzewam więc, że smajl nr 3 również wyćwiczyłam do perfekcji). Ale dopuścił tylko po to, by udowodnić, iż przedmiot przez niego wykładany (ANTROPOMOTORYKA) to dla mnie ciemności egipskie.

Udowodnił :)
Umiejętności wodolejczych wystarczyło mi na marną trójczynę. LEDWO.
Jeszcze tylko 21 zaliczeń i będzie koniec.

To tyle, jeśli chodzi o sobotę z mojego kalendarza. Resztę tygodnia mija mi równie fascynująco.

Coraz bardziej wszystko mnie śmieszy,
coraz mniej śmiać mi się chce.
Straciłam poczucie humoru.
Niech mnie ktoś zabije.
Plisss!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W sumie to żadna niespodzianka

21 sty
że odpoczynek od bloga nie przyniósł nic dobrego, wręcz przeciwnie, przyczynił się tylko do wykorzystania zastępczej formy nieudolnego wyładowania częściowych frustracji drogą smsową. Co gorsza, wyładowania ich przed kimś, kto jest zbyt zajęty swoim życiem, by zawracać sobie głowę moim samopoczuciem, kto ani się przejmie, ani pogłaszcze po główce, a jedynie zbagatelizuje.
Nie wiem, dlaczego myślałam, że w kryzysowej sytuacji znajdę w nim oparcie. Pewnie dlatego, że chciałam w to wierzyć.

Ale to nic. Może się kiedyś nauczę, może nawet już niedługo. Jutro może?

A później wysłałam wiadomość pod lekko zakurzony numer, będący bardziej ogniwem łączącym z beztroską przeszłością, aniżeli odbiciem koślawej teraźniejszości.
Wysłałam wiadomość nie wiedząc nawet, czego oczekuję w odpowiedzi. Ale kiedy takowa przyszła, była dokładnie taka, jak w tamtej chwili być powinna:
bez wymuszonych pocieszeń, że jestem ucieleśnieniem marzeń większości facetów,
bez litościwych zapewnień, że będzie dobrze,
bez wnikliwych spostrzeżeń podszytych nutą poirytowanego tonu, że czego ja, kurwa, narzekam.

W odpowiedzi było, że zawsze mnie wysłucha, jeśli tylko będę tego potrzebowała.

Świadomość tego mi wystarczy.

Dziękuję, że jesteś :)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

me, myself and I.

10 sty
Nie chce mi się o tym pisać. Że miałam już być wyrachowaną suką, a nie wyszło. Że kolejnemu pozwoliłam podejść za blisko, chociaż naprawdę się starałam. Że znowu dostałam kopa w dupę, bo dlaczego miałabym nie. W dodatku błyskawicznie.
Ale nie chce mi się myśleć i analizować. Nie chce mi się przerabiać, głowić, zastaniawiać, pytać. Ani obracać w żart i udawać, że nic. Obwiniać kogokolwiek też mi się nie chce. Wiem, że to tylko i wyłącznie moja wina.

Zarządzam przerwę konserwacyjną.
Wrócę, jak się pozbieram.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Out of order.

04 sty
Spaaaaać mi się chceeeeee.

Matko.

Od siódmej rano łażę jak lunatyk. Ze skrawków świadomości wyławiam informacje, że spędziłam dzień na uczelni i praktykach, chociaż nie mam bladego pojęcia, co tam robiłam. Znając mnie, to pewnie nic sensownego.

W dodatku nic nie widzę z tego przemęczenia. Z oczu to wyglądam jak dziecko z dworca ZOO. I nie wiem, po co się tym chwalę, też mi powód do dumy, pff.

Poza tym to chyba wychodzę z lekkiego posylwestrowego szoku i coraz mniejszą mam ochotę, by Facetowi-Który-Mną-Wzgardził tak strzelić bejsbolem w uwarunkowania płciowe, by raz na zawsze zanikła mu zdolność do reprodukcji.
W miejsce wściekłości pojawia się tymczasem coś na kształt szacunku. Hm, widocznie mam w sobie więcej z mężczyzny niż przypuszczałam.

Ale to nie zmienia faktu, że spać mi się chce.

Spaaaaaaać!

Jadę do łóżka, nic mnie to nie obchodzi, że dopiero zaczyna się dzień, tak realnie patrząc.
I proszę mnie nie budzić tak mniej więcej do Wielkanocy 2008. Ewentualnie do Gwiazdki 2006, bo w sumie to szkoda byłoby prezenty przegapić.

Peace.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nights in white satin, kurwa mać.

01 sty
Tak się jakoś układa, że każdy sylwester sukcesywnie, co roku, dostarcza mi niezapomnianych wrażeń. Byłam w przeszłości na sylwestra stopem we Francji, byłam w Holandii. Byłam na zakopiańskich Krupówkach. W czasie sylwestra właśnie zeszły się któregoś roku moje drogi z Coraz Bardziej Obcym. W sylwestra czułam się najbardziej samotną dziewczyną pod słońcem, kiedy te drogi się rozeszły. Jakby nie patrzeć, zawsze coś się działo.

W tym roku obyło się bez większych rewelacji. Nie tańczyłam na stole, nie byłam złośliwa, nie upiłam się nawet.
Lecz mimo to, ostatnia impreza również przejdzie do historii. Tym razem pod jakże niechlubnym znakiem, albowiem od parunastu godzin mogę oficjalnie uważać się za Kobietę Wzgardzoną. Dokładnie tak.

Nojapierdolę.

Bo wiecie, leżę sobie z facetem w łóżku, leżę, leżę, a on nic. NIC. Normalnie palcem mnie nawet nie tyka. To myślę sobie, że jak to możliwe iż jeszcze dwa dni temu jakiś nieznajomy robił mi zdjęcia w pubie?
(O, to też niezła historia, gdyż najpierw pomyślałam, że straszny z niego idiota, bo się tak chwali, że ma telefon. Ja też mam i co z tego? Tylko że ja na ogół nie noszę, bo zawsze zapominam, ojejku. Oczywiście zanim skontastowałam, że robi mi zdjęcia, a nie bajeruje na komórkę, zdążył już pstryknąć cała serię i nie chciał skasować, beszczel jeden, doprawdy).

Ale wracając do sprawy. No i tak leżę i zastanawiam się, czy nagle, w przeciągu tychże dwóch dni nie zaczęłam chorować na tyfus plamisty, mieć nieświeży oddech, czy IQ nie zjechało mi poniżej temperatury pokojowej lub inne odrażające gówno? Ale obejrzałam siebie z każdej strony i nic. Fakt, że było ciemno i nie widziałam za dobrze, ale sprawdziłam przed chwilą i zdecydowanie mogę zaprzeczyć, jakobym cierpiała na tyfus, ospę wietrzną albo pokryła się łuską. Więc dalej leżałam, myśląc, co za cholera? Facet natomiast zdążył w tym czasie odwrócić się do mnie plecami i zasnąć. Romeo, psiamać.

Może powinnam była wziąć go na intelekt, skoro nie skusił się na majtki w kolorze pastelowego różu? Sama już nie wiem.

Co prawda wpadłam na pomysł, żeby go z łóżka wyrzucić za tę zniewagę, potraktować wymyślną inwektywą, po czym zamaszyście i z odpowiednio teatralnym hukiem zatrzasnąć za nim drzwi. Ale nie. Nie starczyło mi do tego temperamentu. Poza tym łóżko nie było w sumie moje, a i drzwi do trzaskania się nie nadawały. Wiec poszłam posiedzieć z E. na schodach, bo co innego.

Nie mogę uwierzyć. Jestem Kobietą Wzgardzoną. To już chyba wolałabym być Kobietą Upadłą i wcale nie dlatego, że się potknęłam.

Matko, pierwszy dzień roku, a tu już na starcie takie upokorzenie. Aż boję się myśleć, co będzie dalej.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS