RSS
 

Archiwum - Listopad, 2004

Temat dzisiaj TAKI SOBIE.

30 lis
Dobra, powiem Wam, a co.

Ależ mam TOWAR na uczelni!

Trzymajcie mnie, bo się puszczę.
Normalnie padaka (cokolwiek to znaczy).

Towar wziął się nie wiem skąd, pewnie znikąd i nie wiem, jak to możliwe, że nie widziałam go wcześniej, skoro jest na drugim roku.

Anyway.

Nawinęła się U. na gg, więc pytam, co by tu zrobić, żeby go bzyknąć.

Nie żebym bzykała każdego faceta, który wpadnie mi w oko, ani większość z nich, ba, nie mniejszość nawet. Ale wiadomo przecież, że nie chcę pielęgnować z nim rabatek w ogrodzie, ani cerować mu skarpetek. NO SORY, nie jestem zboczona.
W ogóle to nie uwierzę, że istnieje jakaś kobieta na świecie, która widząc taaaaki towar myśli sobie: O, to jest mężczyzna, dla którego pragnę stać w garach do końca życia i kupować golonkę w mięsnym w każdy poniedziałek. No halo.

Dobra, nieważne, bo odbiegłam od TEMATU.

No i pytam U. co tu zrobić, żeby jak wyżej, a Ona mi na to, że muszę na niego WPAŚĆ.

Jak to wpaść? Co to znaczy wpaść?

Durna – myślę sobie. Przecież każde dziecko wie, że wpadanie to wychodzi tylko w amerykańskich filmach, kiedy kochający mąż tłumaczy żonie, jakim cudem jego sekretarka jest z nim w ciąży. Taki mąż wtedy mówi:

„Kochanie, uwierz, to nie moja wina, naprawdę, zupełny PRZYPADEK, po prostu na siebie WPADLIŚMY.”

No i proszę.

Kobieta oczywiście wierzy.

Ja też bym uwierzyła, a co. Przecież George Clooney nie wygląda na takiego, co kłamią, prawda? Pewnie się potknął, każdemu może się zdarzyć. No.

Chodzi jednak o to, że to nie Hollywood i tutaj takie rzeczy się nie zdarzają. Tutaj mamy Polskę, teraz Polskę, co z tą Polską?

Tomasza Lisa i Kingę Rusin też mamy.

Zgubiłam wątek, idę do domu.

A, na koniec tylko dodam, że po skończonej rozmowie z U., wybiegałam w pośpiechu z sali. Zamaszycie otworzyłam drzwi i wpadłam. NA NIEGO.
Ojapierdolę.

A taka nieuczesana byłam, mówię Wam.

Nic to. Przynajmniej nawiązałam KONTAKT.

Hm.. niezła w te klocki jestem.

Hm.. może otworzę firmę kontaktową i będę sprzedawała kontakty. Razem z Kulczykiem.

No dobra, naprawdę już idę.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W pogoni za rozumem (bezskutecznie).

26 lis
To przestaje być śmieszne, naprawdę.

Bo ja rozumiem, że jestem ofiarą, jakich mało, że dajcie mi kałużę na pustyni, a na pewno w nią wlazę, że nie zagotuję wody w czajniku, jak nie pierdolnę głową w okap, że zawsze muszę oblać się kawą, że dżem z pączka zwykle ląduje mi na cyckach i nawet specjalnie starać się o to nie muszę. Okej, rozumiem to i akceptuję. Najwyraźniej taka się urodziłam i taka już umrę.

Ale to przestaje być śmieszne!

Poszłam wczoraj do sklepu. Poszłam, kupiłam, nieważne. Wracam.

I żeby było jasne:
-nie było ciemno
-nie było ślisko
-nie było dziury na drodze
-nie miałam butów na obcasach
-nie czytałam książki
-nie oglądałam się za Leonardem Di Caprio
-nawet nie zamyśliłam się

Ale tak, oczywiście, wyjebałam się na chodniku perfekcyjnie – szybko, gładko, bez poślizgu; po prostu fik – i leżę. Pod własną furtką, rzecz jasna, na oczach świadków.

Nie ma się z czego śmiać.

Mam artystycznego siniaka na nodze, kształtnego, okazałego, zupełnie jak pośladki Jennifer Lopez.

Spoko. Potrafię wymówić publicznie słowo ‚kutas’, a nie potrafię chodzić. Rewelka.

To nie jest śmieszne.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W skrócie:

23 lis
Jezu, jak mnie dawno nie było.
Jezu, jak mało czasu.
Jezu, jak wiele do napisania! Milion zaległych notek!

Dobra, streszczam się:

NOTKA PIERWSZA

Nie wiem, jak Wy, ale ja to miałam przerażający weekend! Normalnie odcięta od świata byłam i do teatru nie mogłam się dostać! Telefonu brak, polsatu brak, wszystko padło.

Załamka.

Czułam się jak Grace Kelly w filmie Hitchocka, tylko niekoniecznie taka piękna.

SZOK.

Dobrze, że chociaż wodę i światło oszczędziło. Ale nie wiem, na jak długo, bo zapowiadają kolejne wichury i zamiecie.

Jezu, katastrofa.

A służby porządkowe oczywiście na wczasach na Florydzie, kompletnie zaskoczone, niezorganizowane, kto mógł spodziewać się śnieżycy w środku listopada, anomalia pogodowa.

Zonk.

Autobusy nie kursowały, taksówkarz olał moje pilne wezwania, zakrapiane nutką histerii, stwierdzając luzacko „Pani, zwariowałaś? Toż my się nie wydostaniemy!”. I w dupie miał kompletnie, że ja już w garniturze i makijażu byłam, że och i ach, i że pod teatrem czekało na mnie PRZEZNACZENIE.

Świnia.

Ale spoko, pies go srał, następnym razem zadzwonię do konkurencji, o.

NOTKA DRUGA

Zmieniłam zdanie.

Już nie chcę fajnego faceta. I nie dlatego, iż fajny facet to utopijna postać z kreskówki.

Otóż, zwyczajnie, po zrobieniu przemeblowania w pokoju, do którego prowadzą drzwi z tabliczką PRIORYTETY, wyszło mi jasno i klarownie, że najbardziej niezbędnym elementem życia kobiety, zaraz po tuszu (do rzęs), brzoskwiniowym balsamie (do ciała) oraz różowych gumach Orbit (do żucia), nie jest, jak się popularnie uważa, mężczyzna (do łóżka), lecz przenośna klawiatura plus internet (do pisania notek na blogu), najlepiej w rozmiarze kieszonkowym i kolorze błękitnym (zwłaszcza ten internet ;)

I ja bardzo o takie coś proszę! Proszę, proszę, proszę!

Proszę x 1200!
(wersja dla umysłów ścisłych)

Proszę razy tysiąc dwieście!
(wersja dla humanistów)

Bo jeśli nie mogę regularnie i na bieżąco donosić Wam, moi kochani, cóż (nie)ciekawego się u mnie (nie) dzieje, to później mi się już nie chce. Albowiem ponieważ z perspektywy tych kilku dni, jakie minęły od konkretnego wydarzenia, wydaje mi się już nieistotnym fakt, iż byłam tu i tam, z tym i tamtym, i w ogóle gdzie i z kim to ja nie byłam. No.

To był taki jakby apel.

NOTKA TRZECIA

Kurwaaaaaaa, dach nam przecieka, aaaaaaaaa!

Coś się stało z dachem, a konkretnie z papą, o ile tak to się nazywa. Ale nie wiem co i jak. Grunt, że prze-rą-ba-ne.

Bo śpię dzisiaj sobie, śpię, śpię, wiecie. Śnią mi się nie powiem co, a tu nagle słyszę, że coś kapie. Budzę się. Chociaż nie, jeszcze nie budzę, raczej otwieram oczy.

No i otwieram te oczy, patrzę i

aaaaaaaaa!

MATKO ŚWIĘTA, LEJE SIĘ Z SUFITU!!
Aaaaaaaaaaa!

E tam, olewam, że się leje i idę dalej spać.

NIE MOGĘ SPAĆ.

Wstaję. Dociera do mnie powaga sytuacji, bo przecież w każdej chwili może mi zalać ubrania. I książki. I w ogóle MNIE może zalać. I pójdę zalana na konwersację. Dobra, budzę SIĘ i budzę C.

10 minut później…

C. w panice. Biega, zbiera wiadra, miski, słoiki. Łapie w nie wodę. Przeklina. Modli się. Przeklina. łapie wodę.

Ja STOJĘ, bo nie wiem, co robić.
Jeszcze nigdy nie kapało mi z sufitu na głowę, więc byłam deczko ZDEZORIENTOWANA. Więc tak sobie stałam.
Stałam, stałam, aż w końcu poszłam se na uczelnie. I oto jestem.

Taa..

I’m singing in the rain..
It’s raining man, hallelujah..
Just a smile and the rain is gone..

Aaaaaaa!

NOTKA CZWARTA

Idę sobie na Bridget, tralalalala :)))

No to co, że jednak sama?
No to co, że żałośnie?
NO TO CO?!?

Mam nadzieję, że z dachem w kinie wszystko w porządku?

NOTKA PIĄTA
(nie dotyczy żadnego mężczyzny, czytającego tego bloga, albowiem wszyscy mężczyźni czytający tego bloga są fajni, sympatyczni, mam do Nich szacunek i założę się, że są w dodatku przystojni ;)

FACECI TO KUTASY.

Rzekłam.

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

No, I’m no one’s wife, but, oh I love my life

13 lis
Przede wszystkim, na samym początku, bo później mogę zapomnieć, chciałabym umieścić na łamach bloga Sprostowanie Bardzo Ważnej Rangi, dotyczące wyprodukowanej przez oliwkę notki O MNIE (ratunkumatkoświęta, czuję się prawie popularna), któraż to notka brzmi, jak następuje:

Ej, no muszę Wam to powiedzieć. Koniecznie! Jestem bezczelna i pewnie nie potrafię dochować tajemnicy ale muszę.

Wiecie, że Szea spadła z drzewa i połamała grabie? No powaga. Przecież wiem, że nie śmieszne, że mogła się na nie nadziać albo jak, czy jeszcze w głowę tymi, jak one… ząbkami dostać. No ale kurcze. Jak się wchodzi na drzewo po orzechy to wiadomo, że się z niego zleci. Znaczy normalnie to raczej nie wiadomo ale jak Szea wchodzi to każdy już wie, że zaraz trzeba ją będzie reanimować.

No więc weszła na to drzewo. A że chwilę wcześniej skończyła sprzątać ogród to grabie obok drzewka kulturalnie postawiła.

No i się zjebała.

Ale żyje i nic jej nie jest. W dodatku ma się całkiem dobrze.

(Szea no sory, no. Musiałam)

I ja nie mogę, muszę to powiedzieć, bo mnie gnębi.

Uwaga:

Ja wcale nie spadłam z tego drzewa na grabie, tylko RAZEM Z NIMI. A to różnica :P

Bo ja tak sobie z tymi grabiami weszłam na drzewo, żeby strącić orzechy (rozumiecie, nie chciało mi się czekać, aż same spadną). Całkiem normalne przecież, kto by nie wchodził w życiu na drzewo z grabiami?

No i tak już jestem sobie na tym drzewie, na wysokości, mniej więcej, średniej i macham tymi grabiami.

Macham i macham. I wiecie. JEBUT. Spadłam.
Phi.
Co mi tam.

No Boże, każdemu się może zdarzyć.

Wstałam i się otrzepałam.

No tak.

Chociaż grabek szkoda. Nie będę teraz miała do piaskownicy.

Cóż.

A sprostowanie musiałam umieścić, by wyprowadzić z błędu czytelników, którzy myślą, że jak Shea spada z drzewa na grabie, to one się łamią pod jej ciężarem. NIEPRAWDA. One mi się w gałęziach zaczepiły. No Boże, phi.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Później.

11 lis
Dobra, widziałam się wczoraj z oliwką, która jest kochana i wyszła ze mną w nocy na spacer, chociaż była zmęczona i w piżamie.

Dobra, byłam dzisiaj u Justyny-z-IV-piętra, która jest kochana i dostałam od Niej prze-pię-knie pachnące perfumy typu exclusive; dostałam je, chociaż powiedziałam, że jest wredną małpą (nie jest) i zapomniałam o Jej urodzinach (Justyna, Skarbie, przyznaję się – ZAPOMNIAŁAM i masz prawo mnie zabić).

Dobra, nie poszłam dzisiaj na urodziny do Gwiazdki, która jest kochana i mówi do mnie ‚Moniś’, ale pewnie od jutra przestanie. I boję się zadzwonić z życzeniami, żeby mnie nie opieprzyła, że olałam Jej imprezę (WCALE NIE OLAŁAM, TYLKO NIE MOGŁAM PRZYJŚĆ, BO JESTEM BRZYDKA. Gwiazdka, uwierz mi, naprawdę. No i wiesz.. Wiesz, prawda?)

Dobra, zaraz do Niej zadzwonię. Jak również do Poważnie Mężatej Przyjaciółki (tej, co ma najpiękniejsze dziecko świata), do E. (tej, co składa się przede wszystkim z nóg) do M. (tej, co ABSOLUTNIE NIGDY nie zapomina o moich urodzinach od 20 lat, bo tyle się już znamy) do A., (tej, co pojechała w świat i zginęła, ale na szczęście się odnalazła) oraz do WD (tej, co jest Współlokatorką Doskonałą).

Dobra, kocham moje przyjaciółki i nie wiem, co bym bez Nich zrobiła. To znaczy wiem – UMARŁABYM NA ŚMIERĆ, naprawdę. Są niezastąpione. Tylko z Nimi mogę rozmawiać po BABSKU.
„A wiesz, mam depresję”
„A wiesz, Zeta-Jones ma cellulitis”
„A wiesz, strasznie mi się paznokcie łamią”
„A wiesz, byłam u ginekologa.
„A wiesz, nikt mnie nie kocha i jestem brzydka”

I normalnie One WIEDZĄ. Mówię Wam, serio.

Dobra, już mi lepiej.
Znacznie.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Home sweet home.

10 lis
Dobra, zawieszam chwilowo upadek bloga, spowodowany kryzysem twórczości literackiej (za dużo czytam) oraz niemocą przekazania pewnych myśli (za bardzo ściskają w gardle).

A konkretnie to chciałam powiedzieć, że skończył mi się optymizm i nie ma co dziobem kłapać, moi drodzy.

Może później.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bohater tylko wzdechnął sobie.

04 lis
Tak sobie myślę, że łatwo jest oceniać i wyciągać tylko te wnioski, które w sumie nie wymagają żadnego spojrzenia. Łatwo jest wygłaszać opinie i rzucać oklepane hasła o braniu życia w swoje ręce, wyświechtane teorie, które pozwalają na uniknięcie zajęcia stanowiska. Zwłaszcza, kiedy tak naprawdę nie wie się nic, a przynajmniej nic z tego, co istotne, bo całą wiedzę czerpie się tylko z tego minimum, jakie decyduję się ujawnić na blogu.

W porządku. Przecież nie oczekuję, że pod płytką formą zobaczy głębsza treść ktoś, kto zobaczyć jej nie chce.

Czasami wiedza tego, co ukryte może być bardzo niewygodna.

To wszystko, co mam na ten temat do powiedzenia.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bez tytułu i bez puenty.

02 lis
No to rzeczywiście powiedziałam, pfff! Jakbym pomiędzy jednym a drugim malowaniem paznokci nie robiła nic innego, tylko opędzała się od namolnych adoratorów, jak Kleopatra od much. Jasssne.

Dostaję szału z nudów.

W kioskach wykupuję wszystkie możliwe książki, które później czytam pod ławką w czasie zajęć (obecnie PROGRAM Stephena White’a, intelektualne wyzwanie, doprawdy).

Najważniejszym wydarzeniem dnia od poniedziałku do czwartku jest „Jaka to melodia”, kiedy mam okazję załagodzić wszystkie bóle egzystencjalne widokiem Janowskiego, w któregoż wykonaniu jestem w stanie znieść nawet kolorowe jarmarki. Jest to miłość tragiczna, bo on już ma żonę.

Krokiem mało stabilnym kieruję się do łóżka o 21, jako że priorytetem jest w moim życiu obecnie, by się wyspać i wyglądać zadowalająco/zniewalająco/olśniewająco dnia następnego.

Największe dzienne wyzwanie stanowi podjęcie decyzji, czy zjeść na obiad puszkę tuńczyka czy też może zaszaleć, stanąć przy garach i ugotować jakiś kulinarny cud, na przykład jajka na twardo.

Najwięcej ciepła do mojego życia wnosi kot, najwięcej zainteresowania moją osobą przejawia kot, najwięcej czasu spędzam z kotem (dzieci, powtarzamy razem: Monika ma kota. Ślicznie.) A to tylko dlatego, że pies ma mnie oficjalnie w dupie i woli spać na fotelu.

Boże.

Czy to tylko ja tak mam? Czy wszyscy wokół prowadzą szalone życia (tak, tak, tak), pełne niespodzianek, sensacji, sukcesów i niespodziewanych zwrotów akcji, a u mnie ktoś każdego dnia naciska na pilocie wymiennie „STILL” i „REWIND”??? (tak! tak! tak!)

Dobra, tak dłużej być nie może.
W weekend zrobię coś szalonego, bo inaczej zwariuję..
…yyyyy… obejrzę kolejny raz Love actually?

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS