RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2004

Simply Divine.

31 lip
O wilku mowa, a kleryk tuż obok.

No bo spotkałam wczoraj owego czarującego kleryka (patrz notka poniżej).
A w zasadzie spotkałyśmy.
Ja i moja Poważnie Mężata Przyjaciółka.

I jakaś taka refleksyja głęboka mnie naszła, że ach, jak ten czas leci! I że 24 godziny dziennie,to strasznie mało, żeby żyć intensywnie. Zanim się człowiek obejrzy, musi reumatyzm leczyć i przeżuwać wszystko czterokrotnie dłużej, a w sumie gówno widział w życiu i gówno o życiu wie.
Mija wszystko jak strzała.
Nawet na autobus tak szybko nie biegam.

Wcale mi się to nie podoba, że nie dalej jak wczoraj patrzyłam w młodziutkiego kleryka jak w obrazek, a dzisiaj kleryk jest już księdzem.

Normalnie kurde KSIĘDZEM.

Wodzi mnie tylko na pokuszenie, ten cały Dawniej Kleryk – Teraz Ksiądz, bo jak na niego patrzę, to mam grzeszne myśli. Grzechem też byłoby te myśli odpędzić. Więc jestem w kropce (nie zaczyna się zdania od więc).

I nadal faaaajny jest. Skandalicznie sympatyczny i skandalicznie przystojny. I głos se z premedytacją wyrobił, taki głęboki i wibrujący. Pewnie surowe jajka jadł, nie inaczej.

I tak to zgrywał wielce niedostępnego, cwaniaczek. A teraz to na kawę zaprasza. Taa, dostał tylko co plebanię, więc hulaj dusza, taa.
No ale nie, żebym nie poszła. Pójdę. Ja bardzo lubię kawę. Poważnie Mężata Przyjaciółka też, mam nadzieję.

Więc luz (nie zaczyna się zdania od więc)

Luz więc.
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bo te facety to jakieś nie halo.

29 lip
No serio mówię.

Niby do wyboru, do koloru, a jak co do czego, to puste półki. Gorzej niż za komuny, bo wtedy to chociaż na kartki jakiś towar był. A teraz? Teraz to zonk.

Nic-a-nic.
Absolutnie.
None.
Just zero.
I nie żadne +0 tylko -0
Albo jeszcze mniej.

Udowodnione naukowo, przebadane, testowane dermatologicznie.

Bo dużo czasu miałam, przyglądałam się uważnie, przez okulary, dopóki ich sobie nie rozdeptałam, a później to już mi się odechciało. Jakieś takie zniechęcenie mnie wzięło i ogarnęło, i wolałam se paznokcie oglądać.

Zaczęło się tak…

1) PRĄŻKOWANY – ja przepraszam bardzo, złośliwa być nie chcę, ale mnie się on właśnie tak kojarzył, fryzjera profesjonalisty nie miał, rzucało się na pierwszy rzut oka. No i ten Prążkowany to nieustannie mnie pytał, dlaczego nic nie mówię. Dziwny jakiś. Zamiast o rozmiar stanika się dowiadywać czy coś, to on jak ta zdarta płyta:

- Znowu nic nie mówisz.
- Yhm. Ty mówisz.
- Ale dlaczego milczysz?
- Ponieważ słucham.
- Wczoraj tylko słuchałaś i dzisiaj też?
- Yhm.
- To co powiedziałem takiego ciekawego?
- Na razie nic.

I wziął się obraził. Normalnie jak baba focha strzelił, przysięgam. Ej, no halo, nie zna się na żartach. Skreślony.

2) SPIDERMAN – miał tendencję do wyskakiwania przez okno na balkon do sąsiadów z dołu, kiedy był pod wpływem alkoholu. No dobra, może miał takie hobby, ja w sumie lubię, jak się kto czym interesuje. Ale tego.. no.. o so chozi, psze pana? Skreślony.

3) BOY(s) – ten to dopiero! Koszula w paski (a fe!), koniecznie rozpięta (ble!), włoski na żel (help!) i okulary słoneczne, których nie zdejmował nawet w środku nocy (olaboga!). Łaził w kółko po pokoju, zręcznie imitował ruchy polskich bojsbandów dla pań po czterdziestce i z wymownym gestem śpiewał
„Kiedy patrzę tak na ciebie jesteś fajna aaaj
Dla mnie masz stajla
Kiedy łączy nas noc upalna aaaj
Dla mnie masz stajla” (obłęd!)

I ja już wtedy wiedziałam, że łączyc to nas nic nie będzie. Ani w noc upalną, ani za dnia. Skreślony.

4) ĆWIERKAJĄCY – to tak, jak jest z ptaszkami, które ślicznie śpiewają za twoim oknem w wolną sobotę o szóstej kurwa rano, a ty, zamiast docenić i delektować się magią tych trelów, masz ochotę rzucić w nie kaloszami i przepędzić zdziry, gdzie pieprz rośnie (btw. gdzie rośnie pieprz?). Czaicie bazę? Bo bardziej obrazowo przedstawić nie mogę.
Mulił kichy gorzej niż tran w najbardziej nieodpowiednich momentach, nie zważając ani na moje delikatne dygresje, subtelne sugestie ani jawne „Słuchaj, oglądam film Polańskiego, który ogromnie mnie interesuje.” Poza tym łaził za mną WSZĘDZIE, wpychał się na zdjęcia i nie odstępował na krok. Taka pijawka energetyczna, myślałam, że zwariuję. Skreślony, skreślony, skreślony.

5) LALUŚ – no ten to był jak z okładki Vouge’a, po prostu śliczny. Nie palił, nie pił do upadłego, nie przeklinał. Cały był na nie, bo NIE kliknęło, mimo wszystko. To taki typ, z którym można rozmawiać tylko o pogodzie lub wcale. Taki typ, którego nie zauważa się i na którego nie zwraca najmniejszej uwagi, chociaż siedzi tuż obok ciebie przez cały wieczór. Taki nijaki, znaczy się. Skreślony.

6) KAROL – o-maj-gad.. Zanim go poznałam, tylko cztery razy w życiu ugięły się pode mną kolana.

Pierwszy – kiedy spotkałam swojego wielkiego idola, którego darzyłam bałwochwalczym uwielbieniem przez kilka lat, ach, co to był za szok stać z nim tak twarzą w twarz, mało się nie posikałam.

Drugi – pojawił się za sprawą pewnego kleryka.. Dlaczego ja nie wiedziałam odpowiednio wcześnie, że śluby czystości to oni dopiero na trzecim roku składają.. No dlaczego?

Trzecie ugięcie kolan zaliczyłam na pewnej dyskotece. To był taki prawie film na zwolnionych obrotach: przedzieram się przez tłum, mijam tysiące nieznanych twarzy i nagle ktoś dotyka mojej ręki.. Odwracam się machinalnie, patrzę i.. i na kilka długich miesięcy tracę przytomność umysłu, rozum i większość czwartkowych wieczorów.

A to był PIĄTY raz w życiu, kiedy miałam kolana z waty i kręciło mi się w głowie. I jeszcze śmiał pytać zaczepnie, dlaczego mi wszystko wypada z rąk, wyobrażacie sobie?! Skandal normalnie! Koniec opowieści. Cenzura.

Grunt, że skreślony. Bo tak. Bo nauczyłam się nie ufać. Że niby doskonała jestem? JASNE, MÓW MI ELVIS.

7) KTOŚ – Ktoś to zaskakujący osobnik.

Wiedział o górach chyba wszystko, czym bardzo mi imponował.

Potrafił mnie rozśmieszyć do tego stopnia, że kładłam się na kamieniach, trawie, spadałam z łóżka, krzeseł i jeśli śmiech byłby karalny, to miałabym już dożywocie. Od bardzo, bardzo dawna żaden facet mnie tak nie rozbawił.

Stwierdził, że nie powinnam przeklinać, bo wtedy brzydko wyglądam. Przekonał mnie tym argumentem od razu i przestałam przeklinać. Przy nim.

Przezywał mnie, nabijał się ze mnie, drażnił się i gadał ze mną jak mężczyzna z mężczyzną.

Robił mi masę zdjęć, kiedy nie patrzyłam.

Zaproponował wspólny wyjazd na Woodstock.

Bardzo chciałabym, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Ale to nie wyjdzie, nigdy nie wychodzi.

I tak to.
Jakby się kto pytał, to moja proteza za kilkadziesiąt lat samotnie będzie moczyła się w Correga Tabs.
Phi.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Like a toy soldier.

27 lip
Wróciłam. Chyba żyję, ale pewności nie mam. A w głowie tyle nowych wspomnień i wrażeń, źe nie wiem, od czego zacząć.

Przede wszystkim upewniłam się, że jeśli już gdzieś jadę, to zero nudów ze mną.

Bo kto potrafi wyłożyć się spektakularnie na płaskiej powierzchi, a następnie, zamiast szybciutko wstać, otrzepać się, rozejrzeć, czy nikt nie widział i udać, że nic się nie stało, leży jak Wielka Brytania i zanosi się od śmiechu?

JA.

Kto wpada w poślizg na błotnistym odcinku drogi i zamiast oprzeć się na młodzieńcu przechodzącym obok, łapie się w mgnieniu oka drutu kolczastego, rozrywa sobie ubranie, rozcina rękę, po czym i tak ląduje w błocie?

JA!

A kto włazi na powalone drzewo („będzie fajnie”) i jest kurcze fajnie, bo nie może z niego zejść, więc siedzi uparcie i udaje, że tak jej się podoba?

JA!

Kto się zamyśla i kiedy wszyscy skręcają w lewo, ona konsekwentnie idzie prosto, schodzi ze szlaku i włazi w krzaki?

JA, oczywiście.

Kto oblewa się herbata, winem, upuszcza kanapkę, rozdeptuje własne okulary, wsadza rękaw w talerz z rybą, zostawia plecak nad Morskim Okiem, potyka się nieustannie o wszystko i o nic, nie patrzy pod nogi i włazi centralnie w wodę?

JA. JA. JA!

(Nie mylić z jajami)

Jestem gapą, jestem roztrzepana, nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy potrafię się zgubić lub czego zpomnieć, udowodniłam to kolejny raz, już się nie zmienię. I tak to.

Ale zakochałam się w górach. Szczerze, prawdziwie, szaleńczo.

Chociaż bywało ciężko, chociaż po kolejnych jedenastu godzinach zdobywania szczytów nie miałam siły zrobić kroku, chociaż wiele razy chciałam jebnąć to wszystko i wracać do domu, to jednak szłam dalej i zamiast czterech, spedziłam tam jedenaście cudownych dni. I z kazdym kolejnym metrem chciałam zobaczyć więcej, iść wyżej i nie przestawać. Bałam się, że już mogę nie mieć więcej szansy, że nie zdążę zobaczyć wszystkiego. Bo tak łatwo jest stracić okazję.

A kiedy na wysokości 1863 metrów (można skojarzyć z datą Powstania Styczniowego przeciwko Rosji, a kierowanego przez Centralny Komitet Narodowy pod przewodnictwem Jarosława Dąbrowskiego, któregoż ważniejsze bitwy odbyły się m.in. pod Miechowem, Pieskową Skałą, Grochowiskami i Opatowem; erudycji, moi drodzy nigdy za wiele ;), na takiej wysokości moja religijność wzrastała ośmiokrotnie i obłędnie powtarzałam tylko „O Boże, zwariowałam, po co ja tu wchodzę, O Boże, ratunku, zaraz spadnę, O Boże, te kamienie się ruszają, O Boże!” (Kamienie NA OGÓŁ się nie ruszały, ale mnie się tak właśnie WYDAWAŁO).

Człowiek nie przypuszcza, ile może. Potrafi pokonać każdy strach, niepewność, wątpliwości. Wystarczy, że chce, że mu zależy.

I jeden dzień na takim pustkowiu wydawał się pełniejszy niż całe tamto życie, za którym tak nieskończenie rozpaczałam. Ogrom przyrody, groza jej nieubłaganych praw, jej potęga, wielkość i obojętność. Poczucie przestrzeni, gwiazdy większe i głębiej osadzone na czarnym niebie, szmer potoków i wodospadów, odgłosy grzmotów i piorunów.. Taka gra uzupełniających się elementów, wobec których człowiek nie znaczy absolutnie nic. I wszechobecny spokój.. cisza.. Prawie szczęście.

Tak to zapamiętałam.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

And off I go.

14 lip
Nie mam paszportu (to znaczy mam, GDZIEŚ, ale nie wiem, gdzie)

Nie mam dowodu (patrz, jak wyżej)

Nie mam spakowanego plecaka (nie chciało mi się, miałam czas.. teraz nie mam już czasu, ale dalej mi się nie chce; czy to świadczy o niezłomności moich przekonań, kiedy tradycyjnie mówię pakowaniu zdecydowane NIE, czy też może powinnam się leczyć na zaawansowane lenistwo?)

Nie mam żadnego cholera dokumentu (o matko, taaak?; ale szukam, wciąż szukam)

Nie mam pomysłu na siebie i cały ten wyjazd (nie szkodzi, nie pierwszy raz)

Ale jadę, bo mam:

upragnione wakacje (których nie zamierzam kolejny raz przesiedzieć, zadręczając siebie i pół świata myślami ciężkiego kalibru; to nie jest tego warte i w sumie to przecież nie chce mi się nawet)

mnóstwo energii (nie wiem, skąd; może z braku seksu?)

ładne ciało, które trzeba w końcu gdzieś publicznie pokazać(nowe sukienki będą jak marzenie, zwiewne, dziewczęce, tu i ówdzie przezroczyste)

A tak poważnie, to będę się wdzięczyć do księżyca w ogromnych, ciepłych bluzach, tudzież wełnianych golfach oraz płaszczu przeciwdeszczowym.

W GÓRY JADĘ.

Jeśli nie wrócę w ciągu najblizszych dwóch tygodni, to znaczy, że poznałam przystojnego asa lotnictwa, rozkochałam go w sobie do szaleństwa, wzięłam z nim ślub, po czym zaczęłam rodzić śliczne potomstwo.
Chociaż z drugiej strony.. Asy lotnictwa mają przecież internet. Więc tak czy siak, będziecie na bieżąco.

Stay tuned ;)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Być kobietą, być kobietą.. ciężko.

10 lip
Szczerze mówiąc, to nigdy nie rozumiałam kobiecej słabości do łażenia po sklepach, tego całego przeglądania, przymierzania, wędrówek od stoiska do stoiska i WOGLE. Dzisiaj większość dnia spędziłam na robieniu zakupów i nadal nie dociera do mnie istota tego fenomenu.
Bo co dają wycieczki do miasta w takim celu?

Frustrują – oglądasz miliony tandetnych rzeczy, próbujesz znaleźć coś fajnego, innego, wyjątkowego, a kiedy wreszcie po 4 godzinach łażenia trafiasz wyżej wymienione, to okazuje się, że jesteś za chuda i NIE MA TWOJEGO ROZMIARU (tu w oddali pobrzmiewa siarczyste przekleństwo)

Nudzą – dominujące trendy to style barbie girl do wyrzygania i kolorek różowy, na który wystarczy tylko popatrzeć, aby IQ zjechało poniżej temperatury pokojowej. A jak jeszcze założysz takie coś na siebie, to od razu poniżej zera. Alternatywą okazują się jeansy po przegranej walce z wybielaczem, w jakieś łaty, że ani do piachu ani do ludzi w takich. Że już nie wspomnę o obuwiu, którego producenci nadal cielęco zapatrzeni są we wzorce z epoki ludwikowskiej, przez co ich wytwory bardziej kajaki przypominają, aniżeli towar, w którym można na autobus biec.

Wkurzają – dzięki nadgorliwym ekspedientkom i ich uroczemu pytaniu „W czym mogę pomóc?”, doprowadzającemu mnie do białej gorączki i emitowanemu z lubością, zanim człowiek zdąży zorientować się, do jakiego sklepu trafił. Czasami pojawiają się też takie miłe panie, które lepiej niż klient wiedzą, czego on szuka, potrzebuje i w czym będzie się dobrze czuł. Do komory gazowej z takimi, rzekłam.

Zaskakują – jako że każdym zakupom towarzyszy charakterystyczne zjawisko, polegające na ZNIKANIU pieniędzy. Wychodzi taka dziewczyna z torebką pełną szmalu i zanim się obejrzy, nic nie zostaje. A przecież NIEWIELE KUPIŁA. Nie wiem, jak to się dzieje, tak jakby pod cuda podchodzi. Dziwne, doprawdy.

Śmieszą – ale to już na sam koniec, kiedy dziewczyna postanawia nabyć jakąś bieliznę, co by pasowała do tych sukienek, kupionych chwilę wcześniej (nie różowych). Bo nic nie daje takiego poczucia kobiecości, jak ładna bielizna, nawet, jeśli nikt miałby jej nie oglądać, prócz samej zainteresowanej. Wybór wręcz gorszy M., stwierdzającą, że zamiast wydawać pieniądze na coś TAK SKĄPEGO, to lepiej w ogóle bez bielizny chodzić. Hm.. też jakaś myśl.
(No ale co? Miałam se kupić majtasy a la Bridget Jones?? Jasne! Niech mnie w stringi pocałują.)

Efekt końcowy całodziennych zakupów przyczynia się do:
zmęczenia psychicznego
fizycznego
pustego portfela
długu wdzięczności wobec hojności M. i teraz muszę kwiatki codziennie podlewać

Zastanawiam się, czy to nie za wysoka cena?

A jutro na solarium idę.
Może jakiś towar wyrwę, prawda Dominik? ;)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kinda wish.

08 lip

Bardzo chciałabym pojechać. Wyrwać się stąd, dobrze bawić, przypomnieć sobie jak to było półtora roku temu, kiedy żyłam pełnią życia, nie dręczyły mnie wspomnienia ani złe sny, kiedy lubiłam siebie i świat, akceptując wszystko bez zastrzeżeń. Kiedy cieszyłam się najdrobniejszymi sukcesami, a przeszkody brałam lekko, jak dobry koń. Kiedy nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Kiedy nie czułam się zawodowo samotna, rzadko kiedy płakałam i na wszystko brakowało mi czasu. W czasie tych wakacji chciałam tak bardzo odzyskać stracone dni, tygodnie, miesiące, które przesiedziałam gapiąc się autystycznie przez okno i zastanawiając się, co zrobiłam nie tak, czego mi brakuje, że on mnie nie chce. Chciałam znowu zacząć żyć.

Najwyraźniej chyba tego nie odzyskam.
Jeszcze nie teraz.
A może w ogóle już nie.

Keep smiling zawieszony.

…..

Ogłoszenie:

Jeżeli ktoś wyraża ochotę, by pojechać ze mną do
*Budapesztu
*Paryża
*Krakowa
*Poznania
*na Sycylię
*do jakiejkolwiek zabitej dechami dziury

nie ma
*żadnych ofert pracy na czas najbliższy
*dzieci pod opieką
*zaburzeń psychicznych ani zbrodniczych tendencji
*fajniejszych pomysłów na wakacje

to proszę o kontakt na gg (takie słoneczko po prawej stronie). Tylko szybko, zanim umrę z rozpaczy.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spotkanie ‚po latach’

07 lip
Występują:

E.- dziewczyna 23-letnia, blondynka o zabójczym uśmiechu, składająca się przede wszystkim z nóg, choć reszta też nie budzi zastrzeżeń, z którą chodziłam:
- do przedszkola (nienawidziłyśmy się)
- do zerówki (nienawidziłyśmy się)
- do jednej klasy szkoły podstawowej (nienawidziłyśmy się bardziej
niż poprzednio; ona uważała, że jestem nudna, ja zaś sądziłam, że ona jest idiotką)
- do jednej klasy szkoły średniej (lody zostały przełamane z braku laku, co zaowocowało szczerą przyjaźnią
przez wszystkie następne lata aż do teraz).

J.- ja (wiadomo)

start:

E.: Aaaaaa, nie wierzę! Monikaaa! :)))

J.: Mówiłam, że wpadnę :)))

E.: Tak, obiecałaś to pół roku temu :) No ale super znowu Ciebie
zobaczyć, wariatko :))

J.: Mnie też strasznie Ciebie brakowało! Naszych głupot,
spontanicznych wyjazdów i łażenia, gdzie grzecznym panienkom
nie wypada :))

E.: A jak mnie! Odkąd wyjechałaś, nic się nie dzieje.

J.: Słuchaj, to może gdzieś śmigniemy autostopem?

E.: Bomba! A gdzie?

J.: Do Pragi.

E.: Ty, lepiej do Włoch.

J.: Niech będzie. A znasz kogoś we Włoszech?

E.: Nie. A ty? :))

J.: Ja też nie :)) Ale mają tam takie fajne wodne miasteczko..

E.: Luz. :)))

J: A kiedy jedziemy?

E.: Hm.. Jutro to nie mogę za bardzo, bo mam egzamin. Będę wolna w poniedziałek.

J.: No to jesteśmy umówione ;)) A masz mapę Włoch?

E.: Mam atlas szkolny :))

J.: Spoko, wystarczy :))

I czy ktoś twierdzi, że kobiety nie są konkretne? :P

BOŻE, JAK MI TEGO BRAKOWAŁO :)))))))
Żeby tylko pogoda była.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Satisfy the feeling.

06 lip
Że niby mądrość przychodzi z wiekiem? Gówno prawda. Z wiekiem przychodzą zmarszczki, kłopoty z krążeniem, bóle wątroby i kręgosłupa, to cała filozofia.

Ale naprawdę zaskakujące, jak bardzo potrafi umilać sobie życie dwoje, na pozór zrównoważonych, rozsądnych i wykształconych ludzi, których jedynym problemem jest, że przyciąga ich do siebie w jakiś niepojęty, jeśli nie ten, to inny sposób.

Żałuję bardzo, że wcześniej nie potrafiłam zachować się tak jak dzisiaj, zignorować prowokacji, przemilczeć bez większej reakcji, przejść nad tym do porządku dziennego, wyrzucić z myśli, nie spodziewać się niczego ponad. Bo może nie krzywdzilibyśmy się przez ten cały czas każdym słowem tak bardzo bezsensownie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Grecja do budy.

05 lip
Psiakrew, Portugalczycy paskudnie przegrali.

(drogie dzieci, taki zabieg stylistyczny, który wyszedł mi zupełnie przypadkowo, polegający zaś na rozpoczynaniu słów w zdaniu tymi samymi literami, zwiemy aliteracją)

Upadek bogów, że tak się wyrażę.

Przegrał absolutnie doskonały Nuno Gomes, którego ślepo uwielbiam od lat sześciu, którego plakat mam na drzwiach (Bravo Sport, moi kochani) i w którym mogłabym się zakochać z samej tylko wdzięczności za to, że jest taki sympatyczny.

Przegrał Christiano Ronaldo, któremu do dzisiaj dziękuję za to, że po strzelonym golu w meczu z Holandią zdjął koszulkę, kosztem żółtej kartki, dostarczając mi tym pierwszorzędnych przeżyć ;) Normalnie to jestem odporna na tego typu męskie wdzięki (Gwiazdka może zaświadczyć), ale gdybym miała TAKIE ciało, to też bym się bez wahania rozbierała przed kilkunastotysięczną widownią i wcale nie czekała z tym na gola, ba – ja bym się w ogóle nie ubierała nawet.

Przegrał Scolari, któremu dziękuję za to, że chwilę później, w pamiętnym meczu, zdjął z boiska Ronaldo, przypominając mi jednocześnie, iż to mecz, a nie program erotyczny, bo był moment, kiedy się już pogubiłam ;)

Wszyscy przegrali.
Kurcze, jak mi ich szkoda.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nothing promised, no regrets.

03 lip
Jakaś taka coraz mniej sentymentalna się robię. Bardziej stanowcza i niewrażliwa na pewne zachowania.

Nie chce mi się.

Mam w dupie intencje, jakiekolwiek by one nie były. Nie próbuję zrozumieć, tłumaczyć sobie, że ktoś chciał dobrze, tylko mu nie wyszło.

Nie.

Często wybaczam, zapominam, udaję, że nic się nie stało, że nie trzeba się ze mną liczyć, bo i po co, skoro i tak puszczę wszystko w niepamięć, gdy uczucia, lojalność i moja głupia wiara, iż wszystko można naprawić, wezmą górę.

Nieprawda.

Pewnych słów i zachowań nie można wybaczyć, nawet, jeśli bardzo się stara. Bo chociaż odpuszczam raz, drugi, piętnasty i siedemdziesiąty trzeci, przymykam oczy, próbując tłumaczyć i usprawiedliwiać, udając, że naprawdę nic, to jednak przychodzi w końcu taka granica, kiedy już nie musi się starać. I wcale nie dlatego, że już znowu jest dobrze, ale dlatego, iż mnie dłużej nie zależy. Kiedy nie może mnie już niczym zranić ani w żaden sposób wywołać pozytywnych emocji.

Istnieje taka linia, po przekroczeniu której zawsze przychodzi kres wszystkiego – przyjaźni, dobrej woli i miłości.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS